Przemierzyli pola.
Przedzierali się przez leśne ścieżki.
Pokonywali głębokie doliny oraz kamieniste trakty.
Pomimo lęku czasami wybuchali śmiechem.
Po raz pierwszy byli naprawdę wolni.
Pewnej nocy, odpoczywając pod rozgwieżdżonym niebem, Zofia powiedziała cicho:
— Jeżeli naszym przeznaczeniem jest śmierć… umrzyjmy razem.
Jan stanowczo pokręcił głową.
— Nie. Nie umrzemy. Będziemy żyć. Bez względu na cenę.
O świcie usłyszeli z oddali tętent koni.
Do tego czasu zdążyli jednak zatrzeć ślady.
Spali pod drzewami. Żywili się leśnymi owocami, korzonkami i wszystkim, co nadawało się do jedzenia. Pili wodę z rzek i strumieni.
Kiedy stopy Zofii zostały poranione przez ostre kamienie i zaczęły krwawić, Jan bez wahania wziął ją na ręce. Niósł ją przez wiele kilometrów, choć sam był osłabiony i zmęczony.
Księżniczka wychowana wśród aksamitnych zasłon, złotych półmisków i pałacowego przepychu myła się teraz w lodowatych rzekach i spała na gołej ziemi.
A jednak nigdy wcześniej nie czuła, że naprawdę żyje.
Któregoś dnia spojrzała na Jana i uśmiechnęła się.
— Jestem wolna… I po raz pierwszy w życiu czuję się piękna.
Czwartego dnia wędrówki dotarli do niewielkiej wioski.
Stary gospodarz zauważył królewski medalion zawieszony na szyi Zofii.
Za kilka złotych monet doniósł żołnierzom, gdzie zatrzymali się zbiegowie.
Następnego ranka, jeszcze przed wschodem słońca, zostali otoczeni.
Dowódca oddziału krzyknął:
— W imieniu króla nakazuję wam się poddać!
Jan natychmiast stanął przed Zofią.
Nie miał miecza ani żadnej innej broni.
W jego oczach nie było jednak strachu.
— Jeśli chcecie ją zabrać, najpierw musicie przejść przeze mnie.
Żołnierze roześmiali się pogardliwie.
Już mieli ruszyć do ataku, kiedy Zofia zawołała:
— Stać!
Wszyscy mimowolnie znieruchomieli.
— Jestem córką króla! Rozkazuję wam mnie wysłuchać!
W jej głosie zabrzmiała tak potężna pewność, że nawet najbardziej zatwardziali wojownicy przez kilka sekund nie odważyli się ruszyć.
— Nie znalazłam się tutaj dlatego, że ten człowiek trzyma mnie siłą — mówiła dalej. — Sama wybrałam tę drogę. Jestem wolnym człowiekiem. Nikt poza mną nie ma prawa decydować, z kim spędzę życie.
Dowódca długo milczał.
W końcu ciężko westchnął.
— Nie krzywdzić niewolnika — polecił.
Jana zakuto w łańcuchy.
Zofię zabrano z powrotem do pałacu.
Tydzień później ogłoszono wielką uroczystość, na którą miał przybyć cały dwór oraz przedstawiciele najważniejszych rodów królestwa.
Kazimierz całkowicie utracił rozsądek pod wpływem gniewu. Pragnął publicznie pokazać, że nadal posiada nieograniczoną władzę.
Jego plan był prosty.
Najpierw chciał ogłosić zaręczyny córki ze starym księciem, a następnie nakazać stracenie Jana na oczach wszystkich zgromadzonych.
Zofia również przygotowała odpowiedź.
Kiedy otworzyły się drzwi wielkiej sali, weszła do środka nie jak przerażona więźniarka, lecz jak silna kobieta gotowa bronić własnej prawdy.
Miała na sobie prostą suknię. Włosy swobodnie opadały jej na ramiona. Z twarzy zniknął wszelki ślad lęku.
Obok niej szedł Jan. Choć jego ręce krępowały łańcuchy, trzymał głowę wysoko.
Król wstał, aby przemówić, lecz Zofia odezwała się pierwsza.
— Ojcze… Zanim wypowiesz choć jedno słowo, ja zwrócę się do wszystkich zebranych w tej sali.
W jednej chwili zapadła całkowita cisza.
Zofia wzięła głęboki oddech.
Potem przemówiła mocnym głosem, który docierał do najdalszych zakątków sali:
— Oddano mnie temu człowiekowi jako karę. Upokorzono mnie, odrzucono i ukryto przed światem, jakbym była kimś, kogo należy się wstydzić. Właśnie tam, w miejscu, do którego prawie nie docierało światło, znalazłam jednak coś, czego przez całe życie nie dał mi ten pałac.
Zatrzymała się na moment.
Następnie wypowiedziała każde słowo powoli i wyraźnie:
— Prawdziwą miłość. Czystą miłość. Miłość, która nie żąda niczego w zamian.
W tłumie podniosły się zdumione szepty.
Twarz króla pobladła z gniewu.
Zofia nie odrywała od niego wzroku.
— Kiedy wszyscy spoglądali na mnie z pogardą, on jeden okazał mi szacunek. Gdy własna rodzina widziała we mnie jedynie wstyd, on zobaczył człowieka. Choć traktowano go gorzej niż zwierzę, to właśnie on nauczył mnie, czym naprawdę jest życie.
Ponownie zaczerpnęła powietrza.
Potem dokończyła z siłą, od której zdawały się drżeć ściany sali:
— Dlatego przed wami wszystkimi ogłaszam swój wybór. Wybieram Jana. Jako człowieka, którego kocham. Jako towarzysza życia. Jako męża. Jako kogoś całkowicie mi równego.
Po krótkiej ciszy rzuciła wyzwanie całemu dworowi:
— Jeżeli za ten wybór mam zostać uwięziona, przyjmę karę. Pamiętajcie jednak, że władza pozbawiona miłości prędzej czy później musi upaść.
Nikt się nie poruszył.
Wydawało się, że wszyscy jednocześnie zapomnieli, jak się oddycha.
Wtedy wydarzyło się coś, czego król nie przewidział.
Jedna z młodych służących uniosła dłonie i nieśmiało klasnęła.
Pojedynczy dźwięk odbił się echem w ogromnej sali.
Po chwili dołączył ktoś jeszcze.
Potem następna osoba.
W ciągu kilku sekund oklaski narastały niczym fala.
Rycerze, dworzanie, posłowie i urzędnicy zaczęli wstawać ze swoich miejsc.