Początkowo Tamara nawet cieszyła się z towarzystwa. Elżbieta opowiadała najnowsze biurowe plotki, żartowała i śmiała się, a wnętrze samochodu wypełniał zapach drogich perfum. Z czasem jednak zwykłe rozmowy zaczęły ustępować miejsca niekończącej się serii uwag.
— Tamaro, możesz ściszyć muzykę? Od tego dźwięku pęka mi głowa.
— Zamknij, proszę, okno. Wieje na mnie.
— Czemu tutaj tak mocno pachnie kawą? Coś rozlałaś?
— Słuchaj, zatrzymajmy się na chwilę przy sklepie. Muszę kupić tylko mleko i ser. Pięć minut, przysięgam.
Pięć minut potrafiło zamienić się w czterdzieści. Tamara siedziała na parkingu, patrzyła, jak wycieraczki rozmazują krople po szybie, i słuchała głosu mamy w telefonie.
— Córeczko, jesteś już w drodze?
— Tak, mamo. Niedługo będę.
Wreszcie Elżbieta wracała z dwiema dużymi torbami, wkładała zakupy do bagażnika i ciężko wzdychała.
— Och, ale jestem zmęczona. No dobrze, jedziemy?
Pewnego dnia Tamara zatrzymała się przy bankomacie, bo musiała wpłacić kolejną ratę. Elżbieta stała obok i nerwowo stukała obcasem o chodnik.
— Długo jeszcze? — zapytała.
— Jeszcze chwila. Płacę ratę za samochód.
— Te raty… — Elżbieta skrzywiła się z niezadowoleniem. — Nigdy bym się w coś takiego nie wpakowała. To przecież wieczna niewola.
Tamara miała ochotę odpowiedzieć: „A jednak codziennie z przyjemnością jeździsz tą niewolą”. Znowu jednak nic nie powiedziała.
Milczała, gdy podrożało paliwo. Milczała, kiedy kupowała płyn do spryskiwaczy. Milczała nawet wtedy, gdy w myjni zostawiła niemal ostatnie pieniądze, bo Elżbieta od kilku dni powtarzała:
— Twój samochód jest tak brudny, że aż nieprzyjemnie do niego wsiadać.
Nie odezwała się również pewnego ranka, gdy Elżbieta usadowiła się na fotelu pasażera i rzuciła z irytacją:
— Mogłabyś wyjeżdżać trochę wcześniej. Przez ciebie trzeci dzień z rzędu przyjeżdżam punktualnie na dziewiątą, bez żadnego zapasu.
Tamara tylko mocniej zacisnęła dłonie na kierownicy.
Tego wieczoru długo siedziała w kuchni. Wiatr huczał za oknem, a krople deszczu bębniły o parapet. Mama piła herbatę i uważnie przyglądała się córce, dokładnie tak samo jak wtedy, gdy Tamara była dzieckiem.
— Ostatnio jesteś jakaś nieobecna.
— Jestem po prostu zmęczona.
— Problemy w pracy?
Tamara wzruszyła ramionami.
— Wszystkim jestem zmęczona.
Mama przez chwilę milczała, po czym powiedziała spokojnie:
— Córeczko, dobry człowiek to nie ktoś, komu wolno wycierać sobie o niego buty.
Tamara nic wtedy nie odpowiedziała. Słowa mamy zostały jednak w jej pamięci.
Następnego dnia po pracy Elżbieta jak zwykle zajęła miejsce z przodu, położyła torebkę na kolanach i wyjęła szminkę.
— To co, jedziemy? Tylko dzisiaj przez centrum handlowe. Muszę odebrać zamówienie.
Tamara nie uruchomiła silnika. Patrzyła na mokrą przednią szybę i czuła, jak serce podchodzi jej do gardła.
— Elu, musimy porozmawiać.
— O czym? — Elżbieta nawet nie podniosła głowy. — Jeśli chodzi o ten raport, już go wysłałam.
— Nie o raport chodzi. O nasze wspólne przejazdy.
Elżbieta znieruchomiała ze szminką w dłoni.
— Co z nimi?
Tamara nabrała powietrza. Powoli, jakby miała za chwilę wejść do lodowatej wody.
— Jeździsz ze mną prawie od roku. Codziennie, rano i wieczorem. Policzyłam wydatki: paliwo, myjnię, płyny, naprawy i całą resztę. Coraz trudniej jest mi pokrywać to wszystko samej. Chciałabym więc, żebyś dokładała się do kosztów. Niewiele. Choćby sto pięćdziesiąt złotych miesięcznie.
Elżbieta powoli odwróciła głowę.
— Mówisz poważnie?
— Tak.
— Chcesz brać ode mnie pieniądze za to, że i tak jedziesz w tę samą stronę?
Tamara poczuła, że policzki zaczynają jej płonąć. Tym razem nie ze wstydu, lecz z bólu.
— Nie jadę dokładnie w tę samą stronę. Poza tym nie chodzi wyłącznie o trasę.
Elżbieta parsknęła krótkim śmiechem.
— Tamaro, to już robi się absurdalne. Samochód jest twój?
— Mój.
— I tak jeździsz nim do pracy?
— Jeżdżę.
— To o co masz pretensje? Paliwo zużywasz także beze mnie. To twoje wydatki, twój komfort i twój problem. Przecież nie zmuszałam cię do kupienia samochodu.
W kabinie zapadła nagła cisza.
Za szybą przechodnie spieszyli się na przystanek, chroniąc się przed deszczem. Ktoś zasłaniał głowę reklamówką, ktoś inny okrywał dziecko własną kurtką. Wycieraczki przesunęły się po szybie, zgarniając wodę.
Wtedy Tamara przypomniała sobie tamten pierwszy poranek. Przemoczone buty. Torbę z lekarstwami dla mamy. I własną myśl: „Nie chcę już tylko przetrwać. Chcę normalnie żyć”.
Nagle zrozumiała, że przez cały miniony rok znowu jedynie przetrwała. Tyle że tym razem we własnym samochodzie.
— Mój problem — powtórzyła cicho.
— A czy nie tak właśnie jest? — Elżbieta wzruszyła ramionami. — Nie obrażaj się, ale przyjaźń przyjaźnią, a każdy odpowiada za własne decyzje.
Tamara skinęła głową.
— Dobrze.
Wyjęła kluczyk ze stacyjki.
— W takim razie wysiądź.
Elżbieta zamrugała kilka razy.
— Co?
— Proszę, wysiądź z samochodu.
— Żartujesz?
— Nie.
— Tamaro, pada deszcz. Do przystanku jest stąd daleko.
Tamara odwróciła się w jej stronę. Głos miała spokojny, choć palce lekko jej drżały.