— Lucyna, mama sprzedała swoje mieszkanie, żeby pomóc Piotrowi. Teraz przez jakiś czas zamieszka u nas — oznajmił Marek takim tonem, jakby właśnie informował żonę o decyzji, która już dawno zapadła bez jej udziału.

— Lucyna, otwórz normalnie. Nie rób przedstawienia przy obcym człowieku.

— Przedstawienie zaczęło się wtedy, kiedy sprzedała pani swoje mieszkanie, a moje wyznaczyła jako plan awaryjny, nie pytając mnie o zgodę.

Za plecami Lucyny Marek cicho odchrząknął.

Piotr zauważył brata.

— Marek, powiedz jej coś! Matka stoi na klatce z torbami!

Marek podszedł bliżej.

Lucyna poczuła, jak całe jej ciało się napina, ale nie cofnęła się ani o krok.

— Marku — powiedziała cicho, wciąż patrząc przed siebie — teraz nie wybierasz między mną a matką. Wybierasz między uczciwą rozmową a próbą zmuszenia mnie do czegoś, na co się nie zgodziłam.

Mąż zamarł.

Pani Halina natychmiast wybuchła:

— Słyszysz, jak ona do ciebie mówi? We własnej rodzinie ustawia cię pod ścianą i mówi, gdzie masz stać!

— Mamo — odezwał się w końcu Marek i stanął obok żony. — Nie wniesiemy tych rzeczy.

Teściowa spojrzała na niego tak, jakby właśnie publicznie wyrzekł się własnej rodziny.

— Co powiedziałeś?

— Nie ustaliliśmy tego razem. Dlatego rzeczy nie wejdą do mieszkania.

— Własnej matki nie wpuścisz?

— Powiedziałem, że najpierw trzeba wszystko omówić.

Piotr z irytacją rzucił torbę na podłogę.

— Co tu jeszcze omawiać? Mieszkanie mamy sprzedane, pieniądze przelane, mama się wymeldowała. Gdzie ma teraz iść?

Lucyna od razu zwróciła się do niego.

— Do ciebie.

— Moje mieszkanie nie jest jeszcze gotowe.

— Za to pieniądze na jego zakup były gotowe dzięki twojej matce.

— Nic nie rozumiesz. Tam trzeba zrobić remont.

— W takim razie należało najpierw skończyć remont i ustalić, gdzie w tym czasie będzie mieszkała wasza matka, a dopiero później sprzedawać jej jedyne mieszkanie.

Piotr poczerwieniał.

Wyglądał jak człowiek przyzwyczajony do tego, że swoje trudności rozwiązuje cudzym czasem, cudzym miejscem i cudzymi pieniędzmi.

— Ja też muszę gdzieś mieszkać — mruknął.

— Każdy musi.

Kierowca taksówki przesunął jedną z toreb bliżej windy.

— Państwo się może zdecydują, bo samochód stoi, a licznik leci.

Pani Halina odwróciła się gwałtownie.

— Nikt pana nie prosił o komentarze!

— Ja nie komentuję. Informuję tylko o opłacie.

Ta uwaga kompletnie odebrała sytuacji resztki rodzinnego patosu.

Piotr wyciągnął telefon i zaczął coś sprawdzać. Pani Halina ściskała pasek torby tak mocno, że zbielały jej palce.

— Lucyna, otwórz drzwi — powiedziała już ciszej. — Jestem zmęczona.

Po raz pierwszy w jej głosie pojawiło się coś prawdziwego.

Nie rozkaz.

Nie obrażona duma.

Nie przekonanie, że wszystko jej się należy.

Po prostu zmęczenie kobiety, która gwałtownie odmieniła własne życie i dopiero teraz zaczynała rozumieć konsekwencje.

Lucyna to usłyszała.

Drzwi jednak nadal nie otworzyła.

— Mogę panią wpuścić, żeby porozmawiać. Samą i bez bagażu. Piotr powinien zawieźć rzeczy tam, gdzie planowaliście nocować, gdyby nie udało wam się przekonać mnie do przeprowadzki.

Piotr spuścił wzrok.

— My niczego nie planowaliśmy.

Tym razem Lucyna naprawdę się zdziwiła.

Spojrzała najpierw na niego, potem na Marka i na panią Halinę.

— Czyli nie było żadnego planu awaryjnego?

Piotr odwrócił twarz.

Teściowa wyprostowała plecy.

— A po co miał być? Mam starszego syna.

— Starszy syn ma żonę. A mieszkanie należy do tej żony.

— Znowu o tym mieszkaniu.

— Bo stoi pani przed drzwiami mojego mieszkania z torbami i kartonami.

Marek spuścił głowę.

Na jego twarzy pojawiało się coraz wyraźniejsze, nieprzyjemne zrozumienie.

Problem nie polegał na tym, że Lucyna była za ostra.

Naprawdę postawiono ich przed faktem dokonanym. W dodatku z taką pewnością siebie, że nikt nawet nie uznał za potrzebne wymyślić innego rozwiązania.

Rozmowa na klatce trwała jeszcze około dziesięciu minut.

Ostatecznie pani Halina odjechała.

Oczywiście nie spokojnie.

Nazwala Lucynę bezduszną, Piotra nieszczęsnym chłopakiem, Marka pantoflarzem, a kierowcę taksówki świadkiem rodzinnej kompromitacji.

Ale wszystkie torby i kartony ponownie trafiły do samochodu.

Kiedy drzwi się zamknęły, w mieszkaniu zapadła cisza.

Marek przez dłuższą chwilę stał w przedpokoju, patrząc na zamek.

— Nie sądziłem, że od razu przywiozą wszystko.

Lucyna popatrzyła na niego ze zmęczeniem.

— A ja właśnie tego się spodziewałam.

Odwrócił się.

— Dlaczego?

— Bo pozwoliłeś im się wprowadzić, zanim w ogóle ze mną porozmawiałeś.

Marek usiadł na szafce przy drzwiach.

— Bałem się odmówić mamie.

— A nie bałeś się stracić mnie?

Podniósł głowę.

Lucyna nie krzyczała. Nie gestykulowała. Nie próbowała go upokorzyć.

Stała przed nim wyprostowana, z twarzą kobiety, która w ciągu jednej doby zrozumiała o własnym małżeństwie więcej, niż chciałaby wiedzieć.

— Bałem się — powiedział cicho. — Tylko zrozumiałem to za późno.

Wieczorem zadzwonił Piotr.

Marek sam włączył tryb głośnomówiący. Lucyna go o to nie prosiła.

— No i co, zadowoleni jesteście? — zaczął Piotr bez powitania. — Mama śpi teraz u ciotki Zofii na rozkładanym łóżku i mierzy sobie ciśnienie. Wielkie dzięki.

— Piotr — zapytał Marek — dlaczego nie zabrałeś mamy do siebie?

— Już mówiłem. Tam się teraz nie da mieszkać.

— Kupiłeś to mieszkanie za jej pieniądze.