— Nie. To ty zacząłeś, kiedy wziąłeś pieniądze ze sprzedaży mojego mieszkania, a mnie zostawiłeś z torbami przed cudzymi drzwiami.
W kuchni zapadła absolutna cisza.
Piotr zaczął coś nerwowo tłumaczyć, ale tym razem pani Halina nie pozwoliła mu rozpocząć znanego wszystkim monologu.
— Jutro przyjeżdżasz. Jedziemy obejrzeć twoje mieszkanie. Jeżeli naprawdę nie da się tam mieszkać, wynajmiesz mi pokój niedaleko albo oddasz część pieniędzy, żebym mogła sama rozwiązać problem.
— Nie mam wolnych pieniędzy!
— A ja nie mam już wolnego mieszkania.
Lucyna spuściła wzrok na filiżankę, ukrywając mimowolny uśmiech.
Marek patrzył na matkę tak, jakby pierwszy raz zobaczył ją naprawdę.
Rozmowa nie trwała długo.
Piotr w końcu rzucił słuchawką.
Pani Halina położyła telefon na stole i zakryła twarz dłońmi.
Nie płakała.
Nie lamentowała.
Siedziała tylko z palcami przyciśniętymi do nasady nosa, jakby próbowała utrzymać się w całości.
— Stara głupia baba ze mnie — wyszeptała.
— Nie jest pani głupia — odpowiedziała Lucyna. — Po prostu uznała pani, że miłość matki musi oznaczać całkowite poświęcenie. A Piotr zauważył, że takie podejście jest dla niego bardzo wygodne.
Pani Halina spojrzała na synową.
— Ty mnie nie lubisz.
— Nie.
Marek wyraźnie drgnął.
Lucyna mówiła dalej spokojnie:
— Ale nie mam obowiązku lubić osoby, która wczoraj próbowała wprowadzić się do mojego mieszkania bez zgody. Mogę traktować panią przyzwoicie. Mogę pomóc, jeżeli granice tej pomocy są rozsądne. Ale nie pozwolę nikomu decydować za mnie, jak mam żyć we własnym domu.
Pani Halina długo patrzyła na Lucynę.
W końcu skinęła głową.
— Przynajmniej uczciwie.
Następne dwie noce minęły zaskakująco spokojnie.
Teściowa rzeczywiście nie próbowała wprowadzać własnych porządków.
Większość czasu spędzała w pokoju, w którym pościelono jej kanapę. Sama myła po sobie naczynia. Nie zaglądała do szaf. Nie pytała, którą półkę może zająć „na początek”. Nie sugerowała, że należałoby przestawić meble albo zwolnić dla niej jakąś komodę.
Drugiego dnia rano wyszła wcześnie.
Spotkała się z Piotrem.
Wróciła dopiero wieczorem.
Jej twarz była szara ze zmęczenia, ale w oczach pojawiła się stanowczość, której wcześniej nie było.
— On naprawdę kupił mieszkanie — powiedziała, zdejmując płaszcz. — I da się tam mieszkać. Po prostu Piotr chciał najpierw zrobić porządny remont, kupić nowe meble i urządzić wszystko po swojemu. A ja miałam siedzieć u was tak długo, jak byłoby mu wygodnie.
Marek wstał.
— I co teraz?
— Teraz się tam przeniosę.
— Do Piotra?
— Do mieszkania kupionego za moje pieniądze. Przynajmniej dopóki nie zdecyduję, co dalej.
— Zgodził się?
Pani Halina uśmiechnęła się gorzko.
— Nie od razu. Ale kiedy powiedziałam, że opowiem wszystkim krewnym i ludziom, którzy kupili moje mieszkanie, jak młodszy syn postanowił mnie „zabezpieczyć”, nagle zrobił się dużo bardziej ugodowy.
Po raz pierwszy od kilku dni Lucyna spojrzała na teściową niemal z uznaniem.
— Kiedy pani wyjeżdża?
— Jutro rano. Piotr ma po mnie przyjechać.
— Dobrze.
Pani Halina zatrzymała się przy drzwiach kuchni.
— Lucyna.
— Tak?
— Nie miałam racji.
Marek odwrócił się do matki z wyraźnym zaskoczeniem.
Tych słów nie spodziewał się chyba nikt.
Może nawet sama pani Halina.
— Naprawdę sądziłam, że skoro jesteś żoną Marka, to jakoś się z tym pogodzisz. Ponarzekasz kilka dni, potem przywykniesz. Wydawało mi się, że tak będzie najprościej. Nie dlatego, że uważałam cię za złą osobę. Po prostu zawsze myślałam, że starszy syn powinien ciągnąć rodzinę za sobą.
— Tylko nie kosztem mieszkania należącego do kogoś innego.
— Teraz to rozumiem.
Lucyna niczego więcej nie powiedziała.
Czasem prawdziwe przeprosiny nie potrzebują łez, uścisków ani wielkich deklaracji.
Czasami wystarczy, że człowiek wreszcie przestaje udawać, iż nic złego się nie wydarzyło.
Następnego ranka Piotr zjawił się ponury i małomówny.
Kiedy zabierał niewielką torbę matki, starannie unikał spojrzenia Lucyny.
Pani Halina trzymała się prosto.
Już przy drzwiach nagle zatrzymała się i zwróciła do starszego syna.
— Marek, ja nie mam przypadkiem klucza do waszego mieszkania?
— Nie, mamo.
— I dobrze — odpowiedziała sama sobie. — Od teraz będę najpierw dzwonić.
Piotr skrzywił się.
— Mamo, chodźmy już.
Lucyna szerzej otworzyła drzwi.
— Wszystkiego dobrego.
Piotr niespodziewanie zatrzymał się na progu.
— Lucyna, ty też spróbuj mnie zrozumieć. Ja przecież nie zrobiłem tego specjalnie. Po prostu okoliczności tak się ułożyły.
Przyjrzała mu się uważnie.
— Nie, Piotr. „Tak się ułożyło” można powiedzieć, kiedy autobus odjedzie przed czasem albo nagle zacznie padać. Kiedy dorosły mężczyzna bierze pieniądze swojej matki, kupuje za nie mieszkanie dla siebie, a potem próbuje umieścić ją u brata bez zgody właścicielki lokalu, to nie są okoliczności. To są konkretne decyzje.
Piotr otworzył usta.
Pani Halina odezwała się ostro:
— Nie kompromituj się bardziej. Idź.
Piotr pierwszy wyszedł na klatkę.
Teściowa została jeszcze przez moment.
— Dziękuję za te dwie noce.
— Nie ma za co.