„Mamo, twój zięć wnosi zakupy do mieszkania swojej matki, a przecież mówił, że nie dostaje pensji” — wtedy Marta odkryła, na co naprawdę znikały ich pieniądze

— Tato, pomóż mi go wynieść.

— Co takiego?! — zawołali jednocześnie Kamil i Teresa.

— Telewizor. Kupiono go w czasie naszego małżeństwa za pieniądze, które mój mąż ukrywał przede mną, kiedy ja utrzymywałam go i opłacałam wszystkie jego wydatki.

— Nie odważysz się! — Kamil poderwał się i zastąpił jej drogę. — To prezent dla mamy!

Jan wystąpił naprzód.

Był niższy od zięcia, ale emanował tak spokojną i ciężką pewnością siebie, że Kamil odruchowo się cofnął.

— Siadaj, Kamil. Zjedz rybę, póki nie wystygła.

W tym czasie Marta wyciągała już płaski ekran ze styropianu.

— I jeszcze jedno — powiedziała, ciężko oddychając. — Kluczyki do samochodu.

Kamil pobladł.

— Po co?

— Bo to ja kupowałam paliwo. Miesiąc temu również z mojej karty opłaciłam ubezpieczenie. Samochód zabieram. Ty możesz jeździć autobusem. Przecież według twoich opowieści i tak nie masz pieniędzy.

Wyciągnęła rękę.

— Kluczyki. Natychmiast.

Drżącymi palcami Kamil sięgnął do kieszeni i rzucił pęk na stół.

Brzęk metalu zabrzmiał dla Marty niemal jak muzyka.

— I kartę — dodała. — Tę, na którą wpływa twoja rzekomo zaległa pensja.

Niechętnie wyjął plastikową kartę.

Marta odebrała ją bez słowa.

— Tato, bierz telewizor.

Jan chrząknął, ale z wyraźną satysfakcją podniósł pudło.

— Ciężki drań. Niezły sprzęt. Z emerytury odkładałbym na taki pół roku.

Ruszyli do wyjścia.

Przy drzwiach Marta odwróciła się jeszcze raz.

Teresa siedziała czerwona ze złości.

Ciotka Zofia trwała z lekko rozchylonymi ustami.

Kamil opuścił głowę na dłonie.

Przyjęcie zostało całkowicie zrujnowane.

Tapeta „Palazzo” milcząco patrzyła ze ścian na całe to pobojowisko.

— A tak przy okazji — powiedziała Marta, spoglądając na teściową — remont jest całkiem ładny. Tylko listwy przykleiliście krzywo. Tania robota.

Wyszła na klatkę schodową.

Kiedy schodzili na dół, z mieszkania zaczęły dobiegać krzyki.

Teresa wyzywała syna.

Kamil próbował coś tłumaczyć.

Na dworze panował upał.

Słońce raziło w oczy.

Jan ostrożnie postawił telewizor obok ławki.

— No dobrze, córeczko. Co zrobimy z tym trofeum?

— Jest rachunek. Spróbujemy oddać go do sklepu. Muszę wyleczyć ząb.

— Rozsądnie. A co z Kamilem? Mieszkanie jest przecież kupione na kredyt i należy do was obojga.

Marta nagle poczuła niewiarygodną lekkość.

Jakby ktoś zdjął z jej ramion ogromny plecak wypełniony kamieniami.

— Sprzedamy mieszkanie. Albo wezmę kredyt i spłacę jego część.

Popatrzyła na kluczyki do samochodu leżące w jej dłoni i nacisnęła przycisk.

Stary, ale wciąż sprawny ford zapiszczał za rogiem.

— Wsiadaj, tato. Podwiozę cię. Borys też dostanie parówki, mam je w bagażniku. On również uczciwie wykonał dzisiaj swoją pracę.

Jan uśmiechnął się, chwycił telewizor i ruszył w stronę samochodu.

Marta usiadła za kierownicą i poprawiła lusterko.

W odbiciu zobaczyła własne oczy.

Zmęczone.

Bez makijażu.

Ale żywe.

Po raz pierwszy od trzech miesięcy nie było w nich lęku przed kolejnym dniem.

Wtedy telefon zawibrował.

Wiadomość od Kamila:

„Martuś, co ty wyprawiasz? Mama płacze. Wróć, porozmawiamy…”