— Łucja, mamy pilne zlecenie.
— Słucham?
— Duży dom w jednej z bogatych dzielnic. Zapłata będzie dwa razy wyższa niż zwykle. Klient potrzebuje kogoś jeszcze dzisiaj.

Dziewczyna spojrzała na leżące na stole niezapłacone rachunki.
— Dwa razy wyższa? — upewniła się.
— Dokładnie.
— Proszę przesłać adres. Będę na miejscu za dwie godziny.
Nie wiedziała jeszcze, że nie jedzie po prostu do zamożnego domu. Za chwilę miała przekroczyć próg posiadłości przepełnionej żałobą i zetknąć się z gniewem sześciu dziewczynek, które po śmierci matki wypowiedziały wojnę całemu światu.
Dwie godziny później taksówka zatrzymała się przed wysoką kutą bramą domu rodziny Malinowskich.
Łucja wysiadła z samochodu w prostej białej bluzce i znoszonych dżinsach. Na ramieniu miała stary plecak, a kręcone włosy zebrała pospiesznie w niedbały kok. Jej ciemne oczy uważnie obserwowały otoczenie. Najważniejsze jednak było to, czego w nich nie było: strachu.
Z okna na piętrze przyglądało jej się sześć par oczu.

— Następna ofiara — powiedziała chłodno Maria.
Bliźniaczki zachichotały pod nosem.
— Zobaczymy, jak długo wytrzyma.
Kiedy nowa pracownica przekroczyła próg domu, Radosław czekał na nią w swoim gabinecie. Chciał od razu opowiedzieć jej, z czym będzie miała do czynienia, ale nie umiał zdecydować, od czego zacząć.
— Dom wymaga gruntownego sprzątania — powiedział w końcu. — A dziewczynki przechodzą teraz wyjątkowo trudny czas.
— Pan Andrzej poinformował mnie, że zatrudniono mnie wyłącznie do sprzątania. Nie będę zajmować się dziećmi.
— Zgadza się. Niczym więcej.