Miał na sobie sprane dżinsy, zwyczajną szarą bluzę i mocno znoszone sportowe buty. Ciemne włosy sterczały w nieładzie, a szczupła sylwetka sprawiała, że wyglądał jeszcze młodziej. Nie przypominał czarującego oszusta z kryminalnego serialu. Bardziej kogoś, kto każdego miesiąca liczy pieniądze do ostatniej złotówki.
Kiedy zauważył, że mu się przyglądam, zatrzymał się.
— Dzień dobry — odezwał się.
— Dzień dobry.
Przeniósł wzrok na mój dom, po czym znów spojrzał na mnie.
— Pani jest pewnie Marta.
Fakt, że znał moje imię, natychmiast mnie zaniepokoił.
— A ty jesteś Kacper.
Skinął głową.
— Jak czuje się Helena? — zapytałam.
— Dobrze.
— Ostatnio wcale nie widuję jej na zewnątrz.
— Szybko się męczy.
Mówił uprzejmie, ale w jego głosie wyczuwałam ostrożność. Zanim zadałam następne pytanie, ruszył w stronę starego samochodu zaparkowanego przy krawężniku, wsiadł i odjechał.
Przez kolejne dwa tygodnie Helena ani razu nie pojawiła się przed domem.
Ani razu.
Za to niemal codziennie widziałam Kacpra, który wchodził do środka i wychodził.
Czasem przyjeżdżał rano i zostawał kilka godzin. Innym razem jego samochód stał pod domem Heleny przez całą noc.
Wkrótce zaczął otwierać drzwi własnym kluczem.
Za każdym razem, gdy widziałam, jak przekręca go w zamku, mój niepokój narastał.
Próbowałam wmówić sobie, że Helena jest szczęśliwa. Być może cieszyło ją zainteresowanie młodego człowieka. Może Kacper wykonywał prace, które wcześniej robiłam ja. Niewykluczone, że oceniłam ich zbyt surowo wyłącznie z powodu ogromnej różnicy wieku.
Tyle że Helena przestała do mnie dzwonić.
Nie machała już z okna, nie wychodziła po pocztę. Kiedy telefonowałam, nie odbierała.
Zamiast rozmowy dostawałam krótkie wiadomości.
„Wszystko u mnie dobrze. Nie martw się”.
Za pierwszym razem uwierzyłam.
Po drugiej wiadomości przez kilka minut wpatrywałam się w ekran.
Helena zazwyczaj pisała długo, rozwlekle i z mnóstwem zbędnych szczegółów. Zawsze zaczynała od powitania, pytała, jak minął mi dzień, i przypominała, żebym założyła płaszcz, bo wieczorami robi się chłodno. Nigdy nie wysyłała tak suchych zdań.
Zadzwoniłam ponownie.
Nie odpowiedziała.
Kilka minut później przyszła następna wiadomość.
„Wszystko u mnie dobrze. Nie martw się”.
Dokładnie te same słowa.
Coś w tym wszystkim było nie tak.
Pewnego popołudnia paczka przeznaczona dla Heleny przez pomyłkę trafiła na mój ganek.
Podniosłam karton i zaniosłam go pod sąsiednie drzwi.
Zapukałam kilka razy, lecz nikt nie otworzył.
— Heleno? — zawołałam. — To ja, Marta.
Odpowiedziała mi cisza.
Zapukałam mocniej.
Nadal nic.
Strach rósł z każdą sekundą. Wróciłam do siebie po zapasowy klucz, który Helena dała mi wiele lat wcześniej na wypadek nagłej sytuacji.
Ręce drżały mi tak mocno, że z trudem trafiłam kluczem do zamka.
W środku panował idealny porządek.
Zbyt idealny.
W zlewie nie było ani jednego brudnego naczynia. Ze stołu zniknęły gazety, a na ulubionym fotelu Heleny nie leżał jej zwykły wełniany koc.
Wszystko ustawiono równo, schludnie i tak, jakby nikt od dawna niczego nie dotykał.
Nie było ani Heleny, ani Kacpra.
— Heleno? — zawołałam ponownie.
Wtedy usłyszałam odgłos.
Z piwnicy dobiegało słabe, jednostajne stukanie.
Poczułam, jak lodowacieje mi krew, i rzuciłam się w dół po schodach.
Kiedy dotarłam na ostatni stopień, dźwięk rozległ się ponownie.
— Heleno?! — krzyknęłam.
Spod drzwi małego schowka odezwał się cichy głos.
— Marta?
Dopadłam do nich i szarpnęłam za klamkę. Ani drgnęły.
— Jestem tutaj — powiedziałam. — Odsuń się od drzwi.
Uderzyłam barkiem raz, potem drugi. Stare drewno jęknęło, ale wytrzymało. Za trzecim razem zasuwka puściła i drzwi gwałtownie otworzyły się do środka.
Helena siedziała na podłodze obok stosu kartonowych pudeł. Była blada, jedną ręką obejmowała kostkę. Niedaleko leżał przewrócony drewniany stołek.
— Boże…
Natychmiast uklękłam przy niej.
— Jesteś ranna?
— Kostka — wyszeptała. — Spadłam, kiedy próbowałam zdjąć coś z górnej półki. Drzwi się zatrzasnęły, a zamek zablokował.
— Jak długo tu siedzisz?
— Chyba około godziny.
Ulga uderzyła we mnie jednocześnie ze złością.
— Gdzie jest Kacper?
— Poszedł do apteki.
— Zostawił cię samą?
Helena zmarszczyła brwi.
— Nie wiedział, że zeszłam do piwnicy.
Pomogłam jej wygodniej się oprzeć i wyjęłam telefon. Zanim jednak zdążyłam wezwać pogotowie, na górze z hukiem zamknęły się drzwi wejściowe.
— Heleno? — zawołał Kacper.
Po podłodze rozległ się szybki tupot.
Kiedy pojawił się u dołu schodów, jego twarz natychmiast straciła kolor. Papierowa torba z apteki wypadła mu z dłoni.
— Co się stało?
— Zostawiłeś samą osiemdziesięciotrzyletnią kobietę w domu, w którym w każdej chwili może się przewrócić — rzuciłam ostro.
Spojrzał na Helenę i podbiegł do nas.
— Nie było mnie nawet pół godziny.
— To wystarczyło.
— Marto — odezwała się Helena tonem ostrzeżenia.
Kacper uklęknął obok niej. Gdy oglądał jej opuchniętą kostkę, dłonie wyraźnie mu drżały.
— Przepraszam — powiedział. — Powinienem był zabronić ci schodzić tutaj samej.
— Zabraniałeś — przyznała Helena. — I to kilka razy.