Właśnie wychodziłam do pracy, kiedy otworzyły się drzwi domu pani Zofii. Na zewnątrz wyszedł młody mężczyzna i ostrożnie zamknął je za sobą.
Mógł mieć około dwudziestu lat.
Miał sprane dżinsy, zwykłą szarą bluzę i znoszone sportowe buty. Ciemne włosy sterczały mu w różne strony, a szczupła sylwetka sprawiała, że wyglądał jeszcze młodziej. Wcale nie przypominał pewnego siebie oszusta z serialu kryminalnego. Raczej zwyczajnego chłopaka, który ledwo wiąże koniec z końcem.
Zauważył, że mu się przyglądam, i zatrzymał się.
— Dzień dobry — powiedział.
— Dzień dobry.
Jego wzrok na moment przesunął się w stronę mojego domu, po czym wrócił do mnie.
— Pani musi być Marta.
Sam fakt, że znał moje imię, od razu mnie spiął.
— A ty jesteś Kamil.
Kiwnął głową.
— Jak się czuje pani Zofia? — zapytałam.
— Dobrze.
— Ostatnio w ogóle jej nie widuję na zewnątrz.
— Szybko się męczy.
Mówił grzecznie, ale w jego głosie pobrzmiewała rezerwa. Nim zdołałam pociągnąć rozmowę dalej, ruszył w stronę starego samochodu zaparkowanego przy krawężniku, wsiadł i odjechał.
Przez kolejne dwa tygodnie ani razu nie zobaczyłam pani Zofii na dworze.
Ani jednego razu.
Za to niemal codziennie widziałam Kamila wchodzącego do jej domu albo z niego wychodzącego.
Czasami przyjeżdżał rano i zostawał przez kilka godzin. Innym razem jego samochód stał pod domem Zofii aż do następnego dnia.
Po niedługim czasie zaczął sam otwierać drzwi własnym kluczem.
Za każdym razem, gdy widziałam, jak wkłada go do zamka, mój niepokój rósł.
Próbowałam sobie tłumaczyć, że pani Zofia jest szczęśliwa. Może dobrze jej robiło zainteresowanie młodego człowieka. Może Kamil wykonywał za nią te wszystkie domowe obowiązki, którymi dotąd zajmowałam się ja. Być może problem tkwił tylko we mnie i w tym, że nie potrafiłam zaakceptować ogromnej różnicy wieku.
Ale pani Zofia przestała do mnie dzwonić.
Nie machała już do mnie przez okno i nie wychodziła sprawdzić skrzynki na listy. Gdy próbowałam się dodzwonić, telefon milczał.
Zamiast rozmowy dostawałam krótkie wiadomości.
„Wszystko u mnie dobrze. Nie martw się”.
Za pierwszym razem uwierzyłam.
Kiedy przyszła druga taka wiadomość, przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w ekran.
Pani Zofia zwykle pisała rozwlekle, z mnóstwem zbędnych szczegółów. Zawsze zaczynała od powitania, pytała, jak minął mi dzień, i potrafiła na końcu przypomnieć, żebym założyła cieplejszą kurtkę. Nigdy nie wysyłała tak krótkich komunikatów.
Zadzwoniłam ponownie.
Nie odebrała.
Kilka minut później telefon zawibrował.
„Wszystko u mnie dobrze. Nie martw się”.
Dokładnie te same słowa.
Coś w tych wiadomościach było nie tak.
A potem, pewnego popołudnia, kurier przez pomyłkę zostawił na moim ganku paczkę zaadresowaną do pani Zofii.
Wzięłam karton i zaniosłam go do sąsiedniego domu.
Zapukałam kilka razy, ale nikt nie otwierał.
— Pani Zofio? — zawołałam. — To ja, Marta.
Cisza.
Zapukałam mocniej.
Wciąż nic.
Niepokój szybko przerodził się w strach. Wróciłam do siebie po zapasowy klucz, który pani Zofia dała mi wiele lat wcześniej na wypadek nagłej sytuacji.
Ręce drżały mi, gdy otwierałam drzwi.
W środku panował nieskazitelny porządek.
Zbyt nieskazitelny.
Nie było brudnych naczyń, na stole nie leżała codzienna gazeta, a na ulubionym fotelu Zofii brakowało wełnianego koca, którym zawsze przykrywała nogi.
Wszystko wyglądało tak, jakby ktoś starannie poustawiał przedmioty, a potem przestał z nich korzystać.
Nie było ani Zofii, ani Kamila.
— Pani Zofio? — zawołałam ponownie.
I wtedy to usłyszałam.
Z piwnicy dobiegało ciche, nieregularne stukanie.
Krew odpłynęła mi z twarzy. Pobiegłam na dół.
Kiedy znalazłam się na ostatnim stopniu, dźwięk powtórzył się.
— Pani Zofio?! — krzyknęłam.
Za drzwiami niewielkiego schowka odezwał się słaby głos.
— Marta?
Rzuciłam się przez piwnicę i szarpnęłam za klamkę. Drzwi ani drgnęły.
— Jestem tutaj — powiedziałam. — Odsuń się od drzwi.
Uderzyłam w nie barkiem raz, potem drugi. Stare drewno zatrzeszczało, ale wytrzymało. Dopiero za trzecim razem zatrzask puścił i drzwi otworzyły się do środka.
Pani Zofia siedziała na podłodze obok sterty kartonowych pudeł. Była blada, a jedną ręką obejmowała kostkę. Niedaleko leżał przewrócony drewniany stołeczek.
— Boże…
Uklękłam przy niej.
— Zrobiłaś sobie krzywdę?
— Kostka — wyszeptała. — Spadłam, kiedy próbowałam sięgnąć po coś z górnej półki. Drzwi się zatrzasnęły, a zamek się zablokował.
— Jak długo tu siedzisz?
— Chyba z godzinę.
Poczułam jednocześnie potężną ulgę i złość.
— Gdzie jest Kamil?
— Poszedł do apteki.
— I zostawił cię samą?
Pani Zofia zmarszczyła brwi.
— Nie wiedział, że zeszłam do piwnicy.
Pomogłam jej usiąść wygodniej i wyjęłam telefon. Zanim jednak zdążyłam wezwać pomoc, na górze z hukiem otworzyły się drzwi wejściowe.
— Pani Zofio? — rozległ się głos Kamila.
Po chwili usłyszałam szybkie kroki.
Kiedy pojawił się na dole schodów, jego twarz w jednej sekundzie zrobiła się biała. Papierowa torba z apteki wysunęła mu się z dłoni.
— Co się stało?