Piotr znieruchomiał.
Przez kilka długich sekund nie odpowiedział ani słowem. Potem zasłonił twarz dłońmi i ciężko westchnął.
— Proszę… porozmawiajmy o tym jutro rano.
— Nie. Przyprowadziłeś do naszego domu człowieka, którego nigdy wcześniej nie widziałam, a teraz oczekujesz, że będę udawać, że niczego nie zauważyłam?
Powoli opuścił ręce.
— On nie jest mi obcy.
Poczułam, jak w środku robi mi się lodowato.
— Więc kim jest?
Piotr odwrócił wzrok.
— Człowiekiem, którego byłem pewien, że już nigdy nie zobaczę.
Po plecach przebiegł mi dreszcz.
— Łukasz?
Piotr gwałtownie pobladł.
To imię znałam. Kilka razy pojawiało się w dawnych rodzinnych rozmowach, ale zawsze tylko na chwilę, jakby wszyscy bali się zatrzymać przy nim choćby na moment.
— Skąd go znasz? — zapytałam.
Piotr otworzył usta, żeby odpowiedzieć, lecz wtedy w korytarzu skrzypnęła deska podłogowa.
Oboje natychmiast umilkli.
Przez chwilę nasłuchiwaliśmy.
Nic.
W domu znów zapadła cisza.
Piotr podszedł bliżej i szepnął:
— Porozmawiamy rano.
Tyle że ja tej nocy nie zmrużyłam oka.
Leżałam z otwartymi oczami, wpatrzona w sufit, i próbowałam zrozumieć, co właściwie dzieje się w naszym domu.
Około wpół do siódmej wstałam, żeby napić się wody.
Kiedy zbliżałam się do kuchni, usłyszałam głosy.
Zatrzymałam się natychmiast.
Mówił Łukasz.
— Nie powinieneś był mnie tutaj przywozić.
— A gdzie, twoim zdaniem, miałem cię zabrać? — odpowiedział Piotr. — Po dwudziestu pięciu latach stajesz przede mną i mówisz, że wszystko, co mi opowiadano, było kłamstwem.
Zapadła krótka cisza.
Potem Łukasz powiedział:
— Twoja matka miała powody, żeby tak postąpić.
— Nie broń jej.
— Nie próbuję jej usprawiedliwiać.
Znów nastało milczenie.
A potem Piotr wypowiedział zdanie, od którego krew niemal zastygła mi w żyłach:
— Przez całe życie byłem przekonany, że nie żyjesz.
Cofnęłam się bez namysłu.
Podłoga zdradziecko zaskrzypiała.
Rozmowa w kuchni urwała się natychmiast.
Po chwili w drzwiach stanął Piotr.
Kiedy mnie zobaczył, od razu zrozumiał, że wszystko słyszałam.
— Słyszałaś.
Nie potrafiłam wydobyć z siebie głosu.
— Kto miał umrzeć? — zapytałam w końcu.
Łukasz powoli podniósł się z krzesła.
Piotr spojrzał na niego.
— Powiedz jej sam.
— Mój wujek.
Przestałam rozumieć cokolwiek.
— Twój wujek?
Na twarzy Łukasza pojawił się smutny uśmiech.
— Właśnie w to kazano wam wierzyć.
Piotr zacisnął szczękę.
— Opowiedz jej.
Łukasz wyjął z kieszeni stary, wytarty portfel.
Z jego wnętrza wyciągnął wyblakłe zdjęcie, złożone na pół, i podał mi je bez słowa.
Na fotografii stało dwóch młodych mężczyzn.
Jeden z nich był ojcem Piotra.
Drugim był Łukasz.
Byli do siebie uderzająco podobni.
Odwróciłam zdjęcie. Na odwrocie, odręcznym pismem, ktoś zapisał:
„Marek i Łukasz. 1992 rok”.
Podniosłam wzrok na Piotra.
— Oni byli braćmi?
— Tak — odpowiedział Łukasz.
Piotr ciężko usiadł na krześle.
— Ojciec mówił mi, że Łukasz zginął w wypadku, kiedy miałem dziesięć lat.
Łukasz przetarł dłonią czoło.
— Tak było łatwiej, niż tłumaczyć prawdę.
Spojrzał prosto na Piotra.
— Twój ojciec zmusił mnie, żebym zniknął z waszego życia.
— Dlaczego?
Łukasz zawahał się.
— Z powodu twojej matki.
Odniosłam wrażenie, że ściany kuchni nagle się do nas przybliżyły.
Piotr pobladł jeszcze bardziej.
— Co ma z tym wspólnego moja matka?
Łukasz pochylił się nad torbą stojącą przy krześle. Otworzył ją i wyjął starą teczkę przewiązaną gumką.
W środku znajdowały się listy.
Dziesiątki listów.
Niektóre tak pożółkły ze starości, że niemal przybrały brązowy kolor.
Piotr chwycił pierwszy z brzegu. Widziałam, jak jego twarz zmienia się z każdym przeczytanym zdaniem.
— Co tam jest napisane? — zapytałam.
Nie odpowiedział. Po prostu podał mi kartkę.
List był zaadresowany do Łukasza.
Na dole widniał podpis matki Piotra.
W treści znalazłam słowa:
„Nie wracaj do domu. Marek zaczyna coś podejrzewać. Jeśli dowie się prawdy o Piotrze, zniszczy nas wszystkich”.
Zabrakło mi tchu.
Piotr powoli uniósł głowę.
— Jakiej prawdy?
W oczach Łukasza zaszkliły się łzy.
Zanim przemówił, nabrał głęboko powietrza.
— Jestem twoim biologicznym ojcem.
Nikt się nie odezwał.
Przez kilka sekund słyszeliśmy wyłącznie deszcz uderzający o szyby.
Piotr nagle krótko się zaśmiał.
W tym śmiechu nie było jednak ani odrobiny radości.
— Nie.
Łukasz nawet nie drgnął.
— Bardzo mi przykro.
— Nie!
Piotr zerwał się z krzesła.
— To mój ojciec mnie wychował! To on nauczył mnie jeździć na rowerze. To on odwoził mnie do szkoły. Zawsze był przy mnie. On…
Głos mu się załamał.
Łukasz powoli skinął głową.
— Wiem. I nie zamierzam zajmować jego miejsca.
Prawda zaczęła układać się w całość.
Wiele lat temu, jeszcze zanim rodzice Piotra wzięli ślub, jego matka przez krótki czas spotykała się z Łukaszem.
Później wybrała Marka.
Kiedy urodził się Piotr, Marek był przekonany, że chłopiec jest jego synem.
Kilka lat później poznał jednak prawdę.
Nie rozwiódł się z żoną. Zamiast tego zażądał, by jego własny brat na zawsze zniknął z ich życia.
Łukasz się zgodził.
— Dlaczego? — zapytałam.