— Miał tę marynarkę — dodała Hania. — Tę, którą naprawiałaś.
Lodowaty dreszcz przeszedł mi wzdłuż kręgosłupa.
Spojrzałam tam, gdzie wskazywał jej mały palec. Kobieta przy najdalszym rogu szatni właśnie zawieszała kłódkę na drzwiczkach jednej z szafek. Ani razu się nie obejrzała. Spokojnie ruszyła w stronę pryszniców, jakby nic jej nie goniło.
Kłódka jednak nie weszła do końca. Zwisała luźno na metalowym uchwycie.
— Zostań tutaj i ani kroku dalej — szepnęłam do Hani.
— Pójdziesz uratować tatusia?
— Pójdę ci pokazać, że nikogo nie trzeba ratować, dobrze?
Wszystkie rozsądne zdania, które układałam sobie w głowie, idąc w stronę szafki, zniknęły w jednej chwili. Słowa ugrzęzły mi w gardle, zanim zdążyłam otworzyć usta.
Przemierzałam szatnię wolniej, niż chciałam. Zimne płytki kłuły mnie w bose stopy, a dłoń drżała, kiedy dotknęłam metalowych drzwiczek. Powtarzałam sobie, że zachowuję się absurdalnie. Że za moment zobaczę ręcznik, kosmetyczkę albo zwykłe ubrania i będę się wstydzić własnych podejrzeń.
Delikatnie uchyliłam szafkę jednym palcem.
Wszystko, co zamierzałam sobie powiedzieć, rozpłynęło się natychmiast.
Na górnej półce leżała starannie złożona ciemnogranatowa marynarka. Nie podobna do tej Piotra. Nie niemal identyczna. To była dokładnie ona. Te same wytarte mankiety. Ta sama plama po kawie na podszewce, której nigdy nie udało się do końca sprać.
Bez namysłu sięgnęłam po kołnierz i odwróciłam go na drugą stronę.
Wszywka była na miejscu. Niebieska nitka. Moje lekko krzywe ściegi. Litery, które wyszyłam własną ręką:
Piotr Zieliński.
W wewnętrznej kieszeni coś cicho zaszeleściło.
Przypomniałam sobie wieczór, kiedy przyszywałam tę metkę, i to, jak oboje żartowaliśmy.
— Przynajmniej tym razem nie zostawisz jej w jakimś hotelu.
— Nie… — wyrwało mi się na głos. — Nie. To niemożliwe.
Papier w kieszeni poruszył się ponownie. Zanim zdążyłam pomyśleć, wsunęłam tam rękę i wyciągnęłam złożoną kopertę.
W środku znajdował się rachunek za prąd.
Drugie wezwanie do zapłaty.
Przez całą kartkę biegł czerwony napis.
Adresat:
Paweł Zieliński.
Adres znałam.
Dom znajdował się zaledwie dwanaście minut jazdy od naszego. Ulicę kojarzyłam doskonale. Na rogu była mała piekarnia, do której w każdą sobotę zabierałam Hanię po drożdżówki z cynamonem.
Piotr miał być przecież w Lizbonie.
Jeszcze poprzedniego wieczoru, dokładnie o 21:47, wysłał mi zdjęcie miasta. Godzina wiadomości wciąż świeciła na ekranie telefonu. Rano rozmawiałam z nim przez kilka minut, a on opowiadał o hotelowym śniadaniu i zbyt słonej jajecznicy.
— Mamusiu… to teraz uratujemy tatę?
Wpatrywałam się w adres tak długo, aż litery zaczęły się rozmywać.
Dwanaście minut.
Przez cały ten czas.
Ręce nadal trzęsły mi się nie do opanowania, ale zmusiłam się do działania. Wyjęłam telefon, szybko zrobiłam zdjęcie marynarki i wszywki z nazwiskiem Piotra, a potem ostrożnie odłożyłam wszystko dokładnie tak, jak znalazłam. Zamknęłam szafkę i ustawiłam kłódkę w tej samej pozycji.
Wzięłam Hanię na ręce, chwyciłam naszą torbę i usiadłam na ławce przy wyjściu. Stamtąd widziałam niemal całą szatnię, sama pozostając w cieniu.
— Mamusiu… uratujemy go?
— Jeszcze nie, skarbie. Teraz będziemy prawdziwymi detektywami. Musisz być cichutko. Jak dasz radę, później kupię ci lody.
— Dlaczego obserwujemy tę panią od szafki?
Hania skinęła poważnie głową i zacisnęła usta, jakby właśnie zamknęła je na klucz.
Po kilku minutach kobieta wróciła. Była już ubrana, a włosy miała suche. Otworzyła szafkę, wyjęła granatową marynarkę, schowała ją do płóciennej torby i bez oglądania się wyszła przez szklane drzwi.
Ruszyłam za nią, zachowując kilka metrów odstępu. Mała dłoń Hani była mocno zaciśnięta w mojej.
Kobieta wsiadła do srebrnego sedana.
Z trudem zapięłam córkę w foteliku. Palce prawie mnie nie słuchały. Uruchomiłam silnik i wyjechałam za samochodem.
— Mamusiu, czemu za nią jedziemy?
— Bo czasami dorośli muszą coś sprawdzić, zanim uwierzą własnym oczom. Zjedz mus owocowy, dobrze?
Ten lekko krzywy nos, który całowałam tysiące razy.
Przez całą drogę utrzymywałam odstęp trzech samochodów.
Po około dwudziestu minutach sedan skręcił w spokojne osiedle domów jednorodzinnych i zatrzymał się przed niepozornym błękitnym budynkiem z białymi okiennicami.
Zaparkowałam pół przecznicy dalej i wyłączyłam silnik.
Po chwili otworzyły się drzwi wejściowe.
Na werandę wyszedł mężczyzna.
Miałam wrażenie, że z mojej klatki piersiowej nagle zniknęło całe powietrze.
Ta sama twarz.
Ten sam uśmiech.
I ten charakterystyczny, odrobinę skrzywiony nos, który całowałam tyle razy… nos, który odziedziczyła również Hania.
Kobieta weszła po schodkach, odstawiła płócienną torbę i zarzuciła mu ręce na szyję.
Pocałował ją z taką naturalnością, jakby robił to każdego dnia.
Po chwili oboje zniknęli w domu.
Wybrałam numer Piotra.
Poczta głosowa.
— Mamusiu… to był tatuś?
— Nie wiem, kochanie.
Spróbowałam jeszcze raz, chociaż dłonie drżały mi tak mocno, że ledwie trafiałam w ekran.
Znów odezwała się poczta.