— Wyjdź — powiedziałam.
— Magda, nie działaj pod wpływem emocji. Porozmawiajmy spokojnie.
— Rozmawialiśmy przez trzy lata. Wystarczy.
— Jesteś teraz zdenerwowana.
— Możliwe.
Wstałam.
— Ale decyzji nie zmienię. Wyjdź. I nigdy więcej tutaj nie przychodź.
Jeszcze przez kilka minut próbował coś tłumaczyć.
W końcu zrozumiał, że nie ma to sensu.
Podniósł się.
Założył płaszcz.
I wyszedł.
Kwiaty zostały na stole.
Wino również.
Od razu wrzuciłam bukiet do kosza.
Butelkę także.
Pewnie był to dziecinny gest.
Zrobiony ze złości.
Później usiadłam na podłodze przy kuchennej szafce i rozpłakałam się.
Ale nie płakałam wyłącznie za Michałem.
Płakałam nad sobą.
Nad dwudziestosześcioletnią dziewczyną, która mu uwierzyła.
Nad trzema latami.
Nad wszystkimi wtorkami i czwartkami.
Nad wieczorami, które mogły należeć do mnie bez żadnych ograniczeń.
Nad życiem z człowiekiem, który nie musiałby wychodzić o dziesiątej.
Michał dzwonił.
Następnego dnia.
Dwa dni później.
Tydzień później.
Pisał wiadomości.
„Magda, jesteś mi potrzebna”.
„Porozmawiajmy”.
„Nie potrafię bez ciebie żyć”.
Najpierw je czytałam.
Potem przestałam.
Nie odpowiedziałam ani razu.
Po miesiącu zablokowałam jego numer.
Zrozumiałam, że każde kolejne powiadomienie jest małym haczykiem.
A ja nie chciałam pewnego dnia znowu się na niego złapać.
Z Anetą porozmawiałam dopiero po dwóch miesiącach.
Poszłam do niej do domu.
Usiadłyśmy w kuchni.
I opowiedziałam jej wszystko.
Schody ruchome.
Jego dłoń na ramieniu żony.
Córkę.
Szalik.
Śmiech.
Aneta słuchała w ciszy.
Ani razu nie powiedziała:
„A nie mówiłam?”.
Nie rzuciła:
„Sama jesteś sobie winna”.
Po prostu słuchała i dolewała mi herbaty.
— Wiesz, co jest najgorsze? — zapytałam.
— Co?
— Nawet nie to, że kłamał.
Aneta czekała.
— Najgorsze jest to, że przez trzy lata nienawidziłam kobiety, której w ogóle nie znałam.
Spojrzałam na herbatę w kubku.
— Sama ją sobie wymyśliłam. Zrobiłam z niej szarą, nudną, zimną kobietę w starym szlafroku i kapciach. Musiałam zmienić ją w kartonową postać, bo wtedy nie musiałam czuć wyrzutów sumienia.
Aneta nic nie powiedziała.
— A ona jest żywa. Rozumiesz? Prawdziwa.
Wzięłam głęboki oddech.
— Ona jest taka jak ja za dziesięć lat.
— Co masz na myśli?
— Jest taką samą kobietą. Kocha męża. Czeka na niego w domu. Pisze: „Kup mleko. Całuję”. Pewnie myśli, że został dłużej na zebraniu. Że utknął w korkach. Że ma pilną pracę.
Uśmiechnęłam się krzywo, choć wcale nie było mi do śmiechu.
— A jej mąż w tym czasie przyjeżdża do mnie.
Aneta spuściła wzrok.
— I ona mu wierzy. Dokładnie tak, jak ja wierzyłam, że jestem wyjątkowa.
Przez kilka minut siedziałyśmy bez słowa.
W końcu Aneta powiedziała:

— To nie twoja wina.
Pokręciłam głową.
— Zakochanie się chyba nie jest przestępstwem. Ale jestem winna czegoś innego.
— Czego?
— Przez trzy lata świadomie nie chciałam myśleć.
Spojrzałam na przyjaciółkę.
— Nie chciałam myśleć o niej. O dzieciach. O tym, co dzieje się w ich domu, kiedy on siedzi u mnie. Wygodniej było skupiać się wyłącznie na własnych uczuciach. Na tym, że jestem „wyjątkowa”. Na tym, jak trudno jest mi czekać.
Otarłam oczy.

— To też był egoizm. Tylko bardzo ładnie opakowany. W kwiaty, wino, wyznania i drogie perfumy. Ale wciąż egoizm.
— On jest winny nie mniej.
— Oczywiście.
Pokiwałam głową.
— Ale za jego czyny odpowiada on.
Po chwili dodałam:
— Za swoje odpowiadam ja.