Być może w ten sposób zachowuję w sobie trochę sił na coś ważniejszego.
Na co dokładnie?
Jeszcze sama nie wiem.
Nie chcę pisać banalnych zdań o tym, że wszystko na pewno się zmieni, że już jutro znajdę w sobie odwagę, spakuję walizkę i rozpocznę zupełnie nowe życie. Być może kiedyś to zrobię. Być może potrzebuję jeszcze trochę czasu.
W tej chwili nadal znajduję się w środku tej historii. Nie patrzę na nią z bezpiecznej odległości jak czytelniczka, która dotarła do ostatniej strony, zna zakończenie i może spokojnie oceniać decyzje bohaterki.

Rozumiem jednak jedno.
Piękna opowieść o miłości odnalezionej po pięćdziesiątce powoli zamieniła się w życie, w którym trzeba ważyć każde zdanie, każdy telefon, każde spotkanie i każdy zakup.
Zanim coś powiem, zastanawiam się, czy nie sprowokuję kolejnej uwagi. Kiedy ktoś dzwoni, myślę o tym, czy później będę musiała się tłumaczyć. Zanim zgodzę się na spotkanie, kalkuluję, ile napięcia może mnie to kosztować. Przed zakupem czegoś dla siebie potrafię zastanawiać się, czy naprawdę mam prawo wydać własne pieniądze.
I ciągle wracam myślami do tamtych kotletów leżących w koszu.
Do kolacji wyrzuconej ręką człowieka, którego kiedyś postrzegałam niemal jak ratunek, jaki życie przysłało mi po wielu latach.
Ta historia wciąż nie ma zakończenia.
Nadal jestem gdzieś pośrodku rozdziału zatytułowanego „co dalej”.
Jeśli czytacie te słowa i w moich wyrzuconych kotletach rozpoznajecie własną kolację, prezent, rozmowę, gest, wysiłek albo upokorzenie, proszę, nie przekonujcie samych siebie, że nic poważnego się nie dzieje tylko dlatego, że przy innych ten człowiek jest uprzejmy, serdeczny, uśmiechnięty i niemal bez skazy.

Jak się okazuje, witryna i pomieszczenie znajdujące się za nią mogą należeć do dwóch zupełnie różnych światów.
Mam również pytanie do tych, którzy dotarli aż tutaj.
Być może ktoś z was przeżył podobną sytuację. Niekoniecznie chodziło o kotlety. Może w waszym przypadku był to prezent, rozmowa, jakaś drobna przysługa, coś przygotowanego z sercem albo moment, w którym nagle zrozumieliście, że wasze starania, uczucia i godność przestały dla drugiej osoby cokolwiek znaczyć.
Po czym poznaliście, że nie można już dłużej udawać, że wszystko jest w porządku?
Co konkretnie sprawiło, że zaczęliście coś zmieniać?
I co zrobiliście później?
Napiszcie o tym szczerze. W tej chwili bardziej niż zwyczajnych słów pocieszenia potrzebuję prawdziwych doświadczeń ludzi, którzy przez coś podobnego już przeszli. Chciałabym wiedzieć, co naprawdę wam pomogło, jakich błędów lepiej nie powtarzać i w którym momencie zrozumieliście, że trzeba się zatrzymać i spróbować spojrzeć na to, co się dzieje, choć przez chwilę z boku.