Stawała na środku pokoju i wołała:
— Halo!
A potem wybuchała śmiechem, bo nikt nie mówił:
— Ciszej!
Pierwsi przyjechali rodzice Marty.
Autobusem z okolic Chełma.
Z trzema ogromnymi torbami.
Ojciec przywiózł wkrętarkę i w jeden dzień złożył sosnowy stół, przykręcił półki na książki, a przy okazji pokazał Pawłowi, jak prawidłowo zamontować karnisz.
Mama przywiozła białe koronkowe firanki, paszteciki z kapustą i nową lalkę.
Zosia nazwała ją Drugą Anią.
Maria rozwiesiła firankę, potem cofnęła się o kilka kroków.
— No i proszę. Teraz jest dom. Mały, ale nikt nie mówi ci, gdzie wolno ci stać.
Pewnego wieczoru Zosia przypadkiem przewróciła kubek z kompotem na jasny drewniany stół.
Czerwona plama szybko popłynęła w stronę krawędzi.
Dziewczynka znieruchomiała.
Wciągnęła głowę w ramiona.
Spojrzała na matkę przestraszonym wzrokiem.
— Mamo… tutaj można coś rozlać?
Marta wzięła ścierkę, spokojnie wytarła stół i pocałowała córkę w czubek głowy.
— Można, skarbie. Przy stole właśnie po to się siedzi, żeby żyć. Rozlało się — to wytrzemy.
Zosia wypuściła powietrze.
Tydzień później po raz pierwszy zaśpiewała w łazience na cały głos.
Marta stała na korytarzu, oparta plecami o ścianę, i słuchała.
Pawłowi trudniej było przyzwyczaić się do nowego życia.
Poczucie winy nie znika w jeden dzień.
Często siedział na balkonie z telefonem w dłoni.
Na ekranie pojawiało się:
„Mama”.
Po chwili napis znikał.
— Nie odbiera? — zapytała pewnego wieczoru Marta, siadając obok.
— Odrzuca. To już szósty raz.
— Zadzwoń siódmy.
— Po co?
Marta spojrzała na niego.
— Bo drzwi powinny pozostać otwarte przynajmniej z jednej strony. Jeśli kiedyś zdecyduje się zrobić krok, powinna wiedzieć, dokąd przyjść.
Paweł ponownie wybrał numer.
Długie sygnały.
Nikt nie odpowiedział.
Odłożył telefon ekranem do dołu.
— Nic nie szkodzi — powiedział i ujął żonę za rękę. — Najważniejsze, że podjęliśmy własną decyzję.
Tymczasem w trzypokojowym mieszkaniu na Zamościu panował idealny porządek.
Taki, o jakim Jadwiga zawsze marzyła.
Ręczniki leżały złożone na trzy części.
Kubki stały uchwytami w prawo.
Na dywanie nie było ani jednej zabawki.
Nie było też żadnego zbędnego dźwięku.
Andrzej oglądał wiadomości prawie bez głosu.
Słychać było jedynie ciche napisy z ekranu.
— Paweł znowu dzwonił — powiedział któregoś wieczoru, nie odwracając się. — Mogłabyś odebrać.
— Niech wie, jak to jest ranić własną matkę — odpowiedziała chłodno Jadwiga. — Jeszcze przybiegną, kiedy skończą im się pieniądze.
— Nie przybiegną, Jadziu.
Odwróciła się do męża.
— Dlaczego?
— Wczoraj u nich byłem. Zawiozłem miód.
Przez chwilę milczał.
— Jest u nich ciasno. Ale ciepło. Mała śpiewa w łazience. Paweł się śmieje. Chyba od szkoły nie słyszałem, żeby śmiał się tak jak dawniej.
Jadwiga chciała coś odpowiedzieć.
Nie potrafiła.
Wstała i poszła do pokoju, w którym wcześniej spała Zosia.
Na parapecie siedziała Ania w żółtej, wełnianej czapeczce.
Andrzej przywiózł ją z działki.
Nic nie wyjaśnił.
Po prostu posadził lalkę na parapecie.
Jadwiga wzięła ją w dłonie.
Wtedy zauważyła złożoną kartkę wystającą z kieszonki sukienki.
Rozwinęła ją.
Był to dziecięcy rysunek wykonany flamastrami.
Mały dom.
Obok trzy postacie.
I jeszcze jedna sylwetka, trochę dalej.
Z siwymi włosami upiętymi w kok.
Nad nią krzywymi, dziecięcymi literami napisano:
„BABCIU JADZIU, PRZYJEDŹ”.
Jadwiga usiadła na brzegu kanapy.
Parkiet przy drzwiach cicho skrzypnął.
Choć nikt nie przechodził przez pokój.

To tylko stary dom osiadał.
Na komodzie w korytarzu rozświetlił się ekran telefonu.
„Paweł”.
Jadwiga wyszła z pokoju, wciąż przyciskając lalkę do piersi.
Długo patrzyła na dzwoniący telefon.
W końcu powoli wyciągnęła palec w stronę zielonej słuchawki.
Zatrzymała go zaledwie centymetr od ekranu.
Telefon zgasł.

Jadwiga jeszcze przez chwilę stała w ciszy, o którą tak długo walczyła.
I po raz pierwszy poczuła, jak bardzo ta cisza jest pusta.
Potem położyła dziecięcy rysunek na komodzie, obok telefonu.
Tak, by widzieć go za każdym razem, gdy ekran znów się rozświetli.
A w małym mieszkaniu przy ulicy Wiśniowej troje ludzi siedziało przy sosnowym stole i piło herbatę z miętą, którą przysłała babcia Maria.
Zosia opowiadała tacie, że Druga Ania także potrafi śpiewać.
I w tym domu nikt już nie chodził na palcach.