Potem wróciła na drugie piętro.
Dłonie ubrudziły jej się od kurzu, więc odruchowo wytarła je o spódnicę.
— Ma pan nóż?
— Gdzieś powinien być — odpowiedział Witold.
W mieszkaniu nie było już stołu.
Słoik postawili więc na parapecie, podkładając pod niego złożoną gazetę.
Zakrętka puściła z krótkim, znajomym trzaskiem.
Helena słyszała ten dźwięk chyba tysiąc razy w życiu.
Tym razem jednak zabrzmiał tak, jakby słyszała go po raz pierwszy.
Nie znaleźli nawet chleba.
Jedli ogórki prosto ze słoika, stojąc przy oknie.
Witold ugryzł jednego i przez dłuższą chwilę patrzył w dół.
— Chrupią — powiedział w końcu.
Przy ostatnim słowie załamał mu się głos.
— Liść dębu — odparła Helena. — Cały sekret.
Odwróciła się do okna, bo oczy zaszły jej łzami.
Patrzyła na zielone ogrodzenie, betonowy brzeg i pięć pozostałych słoików lśniących w porannym słońcu czerwonymi makami na złotych zakrętkach.
Tego samego dnia zabrała resztę do domu.

Dokładnie je umyła, ustawiła w szafce, a potem długo siedziała na taborecie naprzeciwko nich, nie odrywając od nich wzroku.
Oczywiście nie przestała robić przetworów.
Nie potrafiłaby.
Kiedy następnego lata znów nadszedł sierpień, jej kuchnia ponownie zamieniła się w mały domowy zakład.
Woda znowu wrzała.
Słoiki znów schły na ręcznikach.
Pod sufitem ponownie zbierała się para.
Jednak pewien zwyczaj Heleny zmienił się na zawsze.

Od tamtej pory nigdy nie zostawia słoika pod cudzymi drzwiami. Nie prosi też sąsiadów, żeby przekazali go później.
Wchodzi sama.
Stawia słoik na stole.
Siada obok i mówi:
— Otwórzmy go. Teraz.
A kiedy ktoś zaczyna machać ręką i zapewnia, że zje później, zachowa na święto albo otworzy przy wyjątkowej okazji, Helena tylko kręci głową.
Zbyt dobrze już wie, co czasem spotyka święta, na które odkładamy wszystko, co najlepsze.