Marek odchylił głowę i roześmiał się.
Mimowolnie zauważyłam napięte mięśnie jego szyi — młodej, mocnej.
Nie takiej jak u mojego zmarłego Jana, który pod koniec życia bardziej przypominał wielką kanapową poduszkę niż mężczyznę, za którym kiedyś oglądały się kobiety.
Wypita wódka ostatecznie odebrała mi hamulce i mówiłam dalej, jakbym znów siedziała na motocyklu sprzed wielu lat i pędziła przed siebie bez oglądania się za siebie.
— A ty dlaczego tak zwiędłeś, Marek? — ciągnęłam, nalewając kolejną porcję. — Młody, zdrowy, krew wciąż gorąca, a siedzisz jak zmęczony emeryt i narzekasz, że żona cię nie zauważa. Gdzie twoja odwaga? Naprawdę boisz się zaryzykować?
Znieruchomiał z pełnym kubeczkiem w dłoni.
Patrzył na mnie tak, jakbym zaproponowała, żebyśmy ukradli cały motel, podczepili go do Poloneza i odjechali nad Bałtyk.
Po chwili na jego ustach pojawił się powolny, trochę krzywy, ale zaskakująco ujmujący uśmiech.
— To pani rzuca mi wyzwanie? — zapytał.
W głosie znów pojawiła się chrypka, od której niejednej kobiecie po pięćdziesiątce serce mogłoby zabić trochę szybciej.
— Może nie jestem taki szalony jak ci pani motocykliści, ale chyba też coś potrafię.
— To mnie zaskocz — podpuściłam go.
Oparłam się mocniej o poduszkę i założyłam nogę na nogę. Sukienka przesunęła się odrobinę wyżej. Nie na tyle, żeby wyglądało to bezwstydnie, lecz wystarczająco, by Marek zauważył.
— Opowiadasz, jaka twoja rodzinna codzienność jest nudna, a sam boisz się zrobić choć jeden krok.
Marek wypił wódkę jednym haustem, skrzywił się i nagle wstał.
Pokój był ciasny, prawie jak schowek, więc wystarczyły dwa kroki, żeby znalazł się tuż przy mnie.
Powietrze pomiędzy nami zgęstniało, stało się lepkie jak gorący miód.
— No i co, Marek? — zapytałam, patrząc na niego z dołu.
Serce biło mi gdzieś wysoko, niemal w gardle, lecz nie zamierzałam pokazać, że sama też czuję napięcie.
— Stoisz jak pomnik, chociaż jeszcze przed chwilą zapewniałeś, że coś potrafisz. Co się stało? Głos ci odebrało?
Powoli wyciągnął rękę, jakby bał się spłoszyć dzikiego kota, i ostrożnie ujął mnie za nadgarstek.
Jego palce były ciepłe, lekko szorstkie.
Po skórze przebiegł mi dreszcz. O mało nie zachichotałam jak szesnastolatka.
— Nie boję się, pani Tereso — powiedział cicho.
Zniknęła wcześniejsza pewna siebie chrypka. Zostało coś bezradnego, niemal chłopięcego.
— Po prostu nigdy nie przyszło mi do głowy, że własna teściowa będzie mnie zachęcała do bohaterstwa.
— Pierwszy wyczyn już masz za sobą — odpowiedziałam i ścisnęłam jego dłoń. — Zrobiłeś krok. A teraz siadaj obok i przestań trząść się jak liść osiki. Nie zamierzam cię zjeść.
Marek usiadł na brzegu mojego łóżka.
Sprężyny jęknęły pod naszym ciężarem tak żałośnie, jakby w imieniu całego motelu chciały wyrazić swoją opinię.
Pachniał wódką, męskim potem i czymś lekko gorzkim, nieznanym. Od tego zapachu kręciło mi się w głowie niemal bardziej niż od alkoholu.
Nagle dotarło do mnie, że siedzimy prawie ramię w ramię.
W piersi rozlało się dawno zapomniane, figlarne ciepło. Byłam przekonana, że zniknęło razem z młodością i moim zmarłym mężem.
— A gdybyśmy nie byli rodziną? — zapytał niespodziewanie Marek.
Patrzył w ścianę, ale oddychał szybciej niż przed chwilą.
— Załóżmy, że spotkalibyśmy się kiedyś, kiedy byliśmy młodzi. Na takiej zabawie w remizie, o jakiej pani opowiadała.
Roześmiałam się i odchyliłam głowę.
Włosy rozsypały mi się na poduszce.
W tamtej chwili naprawdę czułam się jak królowa parkietu, choć siedziałam w obskurnym motelu obok mężczyzny, który był mężem mojej córki.
— Oj, Marek. Gdybyś spotkał mnie wtedy na zabawie, zakręciłabym ci w głowie w kilka minut. Biegałbyś za mną jak tamten chłopak na motocyklu i przynosił bukiety polnych stokrotek. Nawet byś nie zauważył, że jestem od ciebie starsza. Tak bym cię zakręciła, że zapomniałbyś, ile masz lat i jak się nazywasz.
Odwrócił się do mnie.
W jego oczach odbijała się przygaszona żarówka — dwa małe żółte punkty.
Między naszymi twarzami zostało może kilkanaście centymetrów.
I nagle pomyślałam, że gdyby nie Agnieszka, gdyby nie więzy rodzinne i wszystko, co było między nami oczywiste, mogłabym pozwolić sobie na to, czego naprawdę wtedy pragnęłam.
A pragnęłam wstrząsu.
Chciałam znowu poczuć się kobietą, nie tylko matką, teściową i być może przyszłą babcią.
Chciałam, żeby ten wysoki mężczyzna o zmęczonych oczach patrzył na mnie tak, jak mężczyźni patrzą na atrakcyjne kobiety, a nie jak na stary mebel stojący od lat w tym samym miejscu.
— Dlaczego tak na mnie patrzysz? — zapytałam.
Mój głos też zrobił się chropowaty.
— Chcesz, żebym opowiadała dalej?
Marek zamrugał, jakby dopiero wrócił do rzeczywistości.
Jego dłoń powoli przesunęła się po moim ramieniu.
Dotyk był ledwie wyczuwalny, a jednak przez całe ciało przeszedł mi impuls jak drobna iskra.
Na sekundę zamknęłam oczy i wypuściłam powietrze.
— Pani Tereso… — zaczął.
Przyłożyłam palec do jego ust.
— Cicho. Nic nie mów. I tak wiem, co masz w głowie. Nie jesteś pierwszym mężczyzną, który patrzy na mnie w ten sposób.