— Chce pani powiedzieć, że Agnieszka jest córką innego mężczyzny? — Głos mu się załamał. — Janusz o tym wiedział?
Halina usiadła powoli w starym fotelu. Skrzywiła się z bólu, gdy świeże szwy dały o sobie znać.
— Oczywiście, że wiedział. I zgodził się na to, bo mnie kochał. Nie mógł dać mi dziecka i nie chciał, żebym przez całe życie cierpiała z tego powodu.
Na moment zamknęła oczy.
— Znaleźliśmy dawcę. Anonimowego. Wtedy nie mówiło się o tym tak swobodnie jak dziś, ale sens był ten sam. Biologicznie Agnieszka nie jest córką Janusza. To jednak on ją wychował, nosił na rękach, siedział przy niej, kiedy chorowała, uczył ją jeździć na rowerze. Dla niej zawsze był i będzie ojcem. I nigdy nie pozna prawdy.
Halina powoli uniosła wzrok.
— Tak samo jak te dzieci nigdy nie dowiedzą się prawdy o tobie.
— Naprawdę oczekuje pani, że będę udawał, iż nic się nie stało? — Marek zaśmiał się gorzko. — Mam wrócić do Agnieszki i żyć z nią tak, jakby nie było tamtej nocy? Jakbym nie wiedział, że przespałem się z jej matką? Jakbym nie został ojcem dzieci własnej teściowej? Przecież to obłęd. To nie może być prawda. Chyba zwariowałem.
— Opanuj się — powiedziała stanowczo. Jej głos stwardniał. — I posłuchaj kobiety, która miała dziewięć miesięcy, żeby przemyśleć każdy możliwy scenariusz.
Zamilkła na sekundę, po czym mówiła dalej, spokojnie i bez pośpiechu.
— Nikt się o niczym nie dowie. Agnieszka nie pozna ani prawdy o tamtej nocy, ani prawdy o własnym poczęciu. Janusz do końca życia będzie przekonany, że wszystko wydarzyło się tak, jak mu powiedziałam. Bliźnięta wychowają się w przeświadczeniu, że to ja i Janusz jesteśmy ich rodzicami. Dla nich ty pozostaniesz zięciem rodziny i wujkiem. Niczym więcej.
— Jest pani potworem — wyszeptał Marek i zrobił krok w stronę drzwi.
— Nie — odpowiedziała spokojnie.
— Jestem matką.
Wyprostowała się, choć ból wyraźnie dawał jej się we znaki.
— Matką, która wreszcie dostała to, czego pragnęła przez całe życie. Dwoje dzieci. Nie pozwolę tobie, Agnieszce ani komukolwiek innemu odebrać mi rodziny.
Przez chwilę patrzyła na niego nieruchomo.
— Zrozumiałeś mnie, Marku?
Marek wpatrywał się w bladą, wyczerpaną kobietę. Była na granicy sił, lecz w jej oczach płonęło coś niemal chorobliwego. Miłość do dzieci, które spały za ścianą, była w niej tak potężna, że nie zostawiała miejsca na wahanie, wyrzuty sumienia ani litość dla kogokolwiek.
Wtedy pojął coś, co przestraszyło go bardziej niż cała rozmowa.
Halina nigdy się nie cofnie.
— A badania? — zapytał, chwytając się ostatniej możliwości. — Test DNA? Dokumentacja medyczna?
Halina ledwie zauważalnie pokręciła głową.
— Od lat znam ludzi w tym szpitalu. Mam do nich zaufanie. Dokumenty zostały przygotowane. Wszędzie jako ojciec figuruje Janusz.
Zrobiła krótką przerwę.
— Wszystko jest już ustalone.
Potem spojrzała mu prosto w oczy.
— Jedynym zagrożeniem, które pozostało, jesteś ty.
— Twoje sumienie.
— Ale jesteś silnym człowiekiem, Marku. Poradzisz sobie.
— Z tym także nauczysz się żyć.
Marek powoli osunął się po ścianie i przykucnął na podłodze. Zakrył twarz dłońmi, jakby mógł w ten sposób odgrodzić się od rzeczywistości. Wróciło do niego wspomnienie poranka po tamtej nocy.
Agnieszka przyjechała ze szkolenia, pocałowała go czule w policzek i uśmiechnęła się.
— Tak się cieszę, że wreszcie szczerze porozmawiałeś z mamą. Pięknie wyglądaliście razem na werandzie. Widać było, że dobrze się rozumiecie.
Marek pamiętał też Halinę stojącą przy kuchennym blacie. Spokojnie nalała mu kawy i podała filiżankę, nie okazując ani odrobiny zakłopotania. Na jej twarzy nie było winy, strachu ani wstydu. Zachowywała się tak, jakby naprawdę nic się nie wydarzyło.
Dwa miesiące później oznajmiła rodzinie, że jest w ciąży.
Tłumaczyła, że stał się cud: leczenie hormonalne przyniosło nieoczekiwany skutek, a lekarze dokonali czegoś, w co sama niemal nie wierzyła.
Nikt jej wtedy nie podejrzewał.
Nikt nie zadał pytania, którego teraz Marek bał się najbardziej.
— A jeśli odejdę od Agnieszki? — zapytał w końcu tak cicho, że lodówka niemal zagłuszyła jego słowa.
Halina przyglądała mu się przez dłuższą chwilę.
— Wtedy powiem jej, że zdradziłeś ją z własną teściową.
Mówiła spokojnie, niemal bez emocji.
— W jej oczach zostaniesz zdrajcą do końca życia. Co więcej, przedstawię to tak, że wykorzystałeś starszą, samotną kobietę. Nikt nie uwierzy, że oboje tego chcieliśmy.
Przechyliła lekko głowę.
— Rozumiesz? Nikt.
Marek powoli podniósł wzrok. W oczach miał łzy, ale nie były to tylko łzy smutku. Mieszały się w nich wściekłość, ból i całkowita bezsilność.
— Zniszczyła mi pani życie.
Halina bez pośpiechu pokręciła głową.
— Nie, Marku.
— Dałam ci dzieci.
— Tyle że nigdy nie będziesz mógł nazwać ich swoimi.
Wstała ostrożnie z fotela.
— A teraz się pozbieraj. Agnieszka jest już w drodze. Za dziesięć minut będzie przed szpitalem.
Zatrzymała się przy drzwiach i spojrzała w stronę sali, w której pozostawił bukiet.
— Idź na nią czekać przed wejściem.
Po chwili dodała ciszej:
— I na Boga… uśmiechnij się.