Podniósł na nią oczy. Nie było w nich złości, lecz dostrzegła coś innego — dokładnie to, czego obawiała się przez wszystkie lata.
— Naprawdę jestem zmęczony — powiedział cicho. — Zmęczony presją, rozmowami, oczekiwaniami i jej ciągłymi radami. Myślisz, że łatwo mi żyć pomiędzy wami? Każde spotkanie zamienia się w walkę.
Takiej odpowiedzi się nie spodziewała.
— I co proponujesz?
— Chcę, żebyś… dała mi trochę czasu — wydusił.
Joanna uśmiechnęła się gorzko.
— Piętnaście lat ci nie wystarczyło?
— To co innego…
— Nie, Marku. To wciąż dokładnie to samo.
Spuścił głowę. Joanna poczuła ciężar w ramionach, jakby przez cały ten czas niosła ogromny kamień.
— Pojadę do Ewy na kilka dni — powiedziała równym głosem. — Muszę pomyśleć.
— Odchodzisz?
— Tak. Ale nie dlatego, że tego chce twoja matka. Muszę zrozumieć, czy nadal chcę żyć w cudzym cieniu.
Zrobił krok w jej stronę.
— Nie chcę cię stracić.
— A jednak nie robisz nic, żeby mnie zatrzymać.
Marek próbował coś powiedzieć, lecz Joanna wzięła torbę spakowaną jeszcze rano i położyła na stole klucz.
— Jeden zostanie u ciebie — szepnęła.
Zacisnął usta, jakby chciał powstrzymać ją choćby jednym ruchem, ale nawet nie drgnął. To właśnie jego milczenie stało się ostatnią kroplą.
Joanna włożyła płaszcz i wyszła. Na zewnątrz było zimno. Powietrze ostro paliło płuca, za to myśli nieoczekiwanie stały się jasne. Taksówka podjechała po kilku minutach. Usiadła na tylnym siedzeniu i po raz pierwszy od dawna pozwoliła sobie płakać.
Ewa mieszkała w dwupokojowym mieszkaniu na szóstym piętrze starego bloku z wielkiej płyty. Otworzyła drzwi w piżamie, z rozpuszczonymi włosami i tak prawdziwym niepokojem w oczach, że Joannie ponownie ścisnęło gardło.
— Jak się trzymasz?
— Dobrze… prawie.
— Wchodź.
Ewa nastawiła czajnik, wyjęła koc i posadziła przyjaciółkę na kanapie.
— Opowiadaj wszystko — powiedziała stanowczo.
Joanna zaczęła mówić. Opowiedziała o wyjazdach do teściów, jadowitych uwagach, nocnej rozmowie i reakcji Marka. Ewa słuchała w milczeniu, nie przerywając, jedynie od czasu do czasu marszczyła brwi coraz mocniej.
— Żyłaś tak przez piętnaście lat?
— Tak.
— I ani razu nie wybrał ciebie?
— Czasami… w drobnych sprawach…
— Ale nie wtedy, kiedy naprawdę miało to znaczenie. Prawda?
Joanna powoli skinęła głową. Ewa wstała, przeszła po pokoju i zatrzymała się przed nią.
— Joasiu, musisz zrozumieć jedną rzecz. Miłość to nie tylko słowa i uczucia. To wybór. Codzienny. A jeżeli człowiek wybiera nie ciebie, tylko własną wygodę… wtedy trudno nadal nazywać to miłością.
Słowa trafiły dokładnie w najboleśniejsze miejsce. Joanna nie próbowała się sprzeczać. Mocniej ścisnęła koc, jakby materiał mógł osłonić ją przed prawdą.
— Co teraz zrobisz?
— Nie wiem — przyznała szczerze. — Ale potrafiłam odejść. Dla mnie to już bardzo dużo.
Ewa podeszła, objęła ją i powiedziała cicho:
— Jestem z ciebie dumna.
Trzy kolejne dni minęły jak we mgle. Ewa wychodziła do pracy, a Joanna zostawała w cichym mieszkaniu, gdzie mogła myśleć bez cudzych głosów. Marek pisał codziennie, ostrożnie, jakby bał się wykonać jeden ruch za dużo: „Myślałem o tobie”, „Nie śpię”, „Może porozmawiamy?”. Czytała wiadomości, lecz nie odpowiadała. Jeszcze nie potrafiła.
Czwartego dnia napisał: „Możemy się spotkać? Przyjadę tam, gdzie powiesz”.
Joanna długo patrzyła na ekran, po czym odpisała: „Przyjedź do parku obok biblioteki o siódmej wieczorem”.
Przyszła wcześniej. Park był prawie pusty, a ławki pokrywała cienka warstwa szronu. Joanna siedziała z rękami ukrytymi w kieszeniach płaszcza. Marek pojawił się punktualnie o siódmej. Wyglądał na wyczerpanego, jakby przez te kilka dni wyraźnie się postarzał.
— Dziękuję, że zgodziłaś się spotkać — powiedział cicho. — Muszę ci coś powiedzieć.
— Mów.
Usiadł obok, ale zachował odstęp.
— Rozmawiałem z rodzicami. Powiedziałem im, że ich wtrącanie się niszczy nasze życie. Powiedziałem, że więcej nie pozwolę im tak cię traktować.
Joanna uniosła brwi z niedowierzaniem.
— I co oni na to?
— Ojciec milczał. Mama… krzyczała. Obwiniała ciebie, mnie, los i wszystkich dookoła. Ale tym razem nie ustąpiłem.
Patrzyła na niego niemal ze zdumieniem.
— Ty?
— Tak. Pierwszy raz zobaczyłem ją taką. Mimo wszystko nie zmieniłem zdania.
Odwrócił się w jej stronę.
— Jest jeszcze coś. Bardzo ważnego.
Joanna poczuła, jak wszystko w niej napina się na nowo. Marek głęboko odetchnął.
— Byłem u lekarza. Sam. Bez rodziców.
— Po co?
— Żeby się zbadać.
Spuścił wzrok.
— Joanno… przyczyna nie leży po twojej stronie.
Zastygła.
— Co?
— To ja nie mogę mieć dzieci. Nie ty.
Mówił cicho, lecz każde słowo uderzało ją prosto w pierś.
— Wiedziałem o tym od dawna. Tylko… nie potrafiłem ci powiedzieć. Bałem się. Gdyby mama się dowiedziała, zniszczyłaby mnie. A tak… łatwiej było milczeć.
Joanna zamknęła oczy. Wszystkie lata oskarżeń. Każda aluzja. Wszystkie rady, by się leczyła. Każde ciężkie spojrzenie teściowej. To wszystko opierało się na kłamstwie — okrutnym i podłym, chroniącym jej syna.
— Czyli przez piętnaście lat znosiłam upokorzenia za coś, czemu nie byłam winna?