Do kobiety, którą nazywał ukochaną.
Katarzyna wyłączyła gaz, żeby nie przypalić reszty śniadania, po czym bardzo powoli odwróciła się w stronę męża.
Jej twarz była spokojna.
Tylko w oczach pojawił się błysk, który nie zapowiadał Piotrowi niczego dobrego.
— To ja jestem twoją ukochaną kobietą — powiedziała wyraźnie. — A może już nie pamiętasz, jak klęczałeś przede mną i namawiałeś mnie na drugie dziecko, chociaż doskonale wiedziałeś, że go nie planowaliśmy? Pamiętasz, co powtarzałeś dzień w dzień? „Chcę, żeby kobieta, którą kocham, urodziła mi to dziecko”. Tak mówiłeś czy nie?
Piotr milczał.
— Czy to nie ja od jedenastu lat żyję problemami Jakuba? Tyle przeczytałam o jego chorobach, że chwilami mam wrażenie, iż mogłabym sama prowadzić część jego konsultacji. Czy to nie ja stałam przy tobie, kiedy postanowiłeś odejść z pracy, która doprowadzała cię do skrajnego wyczerpania? Czy to nie ja brałam niemal wszystkie zwolnienia na dzieci, żebyś ty mógł spokojnie budować pozycję w nowej firmie?
Z każdym zdaniem jej głos stawał się mocniejszy.
— Czy to nie ja stawałam po twojej stronie w rozmowach z twoim ojcem? Czy to nie ja prosiłam go, żeby przestał poniżać cię i umniejszać wszystkim twoim osiągnięciom, kiedy ty siedziałeś cicho, bo przez całe życie bałeś się mu sprzeciwić? Czy to nie ja zostałam ponownie w domu na trzy lata, bo tobie tak bardzo zależało na drugim synu, mimo że widziałeś, ile sił zabiera nam opieka nad Jakubem? Co zrobiła dla ciebie Monika? To ja jestem twoją ukochaną kobietą. Ja. Nie ona!
Ostatnie słowa wypowiedziała z tak źle skrywanym obrzydzeniem, jakby nie mówiła ich, lecz rzucała mu nimi prosto w twarz.
Piotr spróbował podejść bliżej, ale Katarzyna obeszła okrągły stół i zatrzymała się po jego drugiej stronie, jakby potrzebowała między nimi choćby tego jednego mebla.
— Kasiu, naprawdę próbowałem — powiedział cicho, unikając jej wzroku. — Naprawdę chciałem wszystko naprawić. Chciałem, żeby znowu byliśmy my, dzieci, nasza rodzina… Tylko że nasze życie od dawna wygląda identycznie. Jest takie bez smaku. Takie przewidywalne. Budzisz się rano i już wiesz, co wydarzy się do wieczora. A Monika jest zupełnie inna. Energiczna, spontaniczna, nieprzewidywalna. Przy niej znowu poczułem, że życie może mnie ciekawić. Przypomniała mi, że nadal jestem młodym mężczyzną.
Katarzyna uniosła brew z chłodnym rozbawieniem.
— Czyli przy mnie jesteś stary i prawie martwy?
— Nie, źle mnie zrozumiałaś. To bardziej jak… Wyobraź sobie, że przez całe życie jeździsz wagonem drugiej klasy, a potem nagle trafiasz do luksusowego przedziału pierwszej klasy. Po czymś takim naprawdę trudno wrócić do tego, co było wcześniej…
Piotr urwał.
Twarz Katarzyny zmieniła się natychmiast. Z policzków odpłynął kolor, a z oczu zniknęła nawet złość.
— Dobrze, nieważne — rzucił szybko. — Skończmy tę rozmowę. Widzę, że każde moje wyjaśnienie tylko pogarsza sprawę. Spakuję teraz najpotrzebniejsze rzeczy i wyjdę. Nie będę rościł pretensji do mieszkania. Wiem, że zawiniłem, więc ty z chłopcami zostaniesz tutaj. Oczywiście synowie będą spędzać ze mną weekendy. Monika wie, że mam dzieci. Nie ma nic przeciwko temu, żeby od czasu do czasu były częścią naszego życia.
Nie chcąc dłużej patrzeć na żonę, której twarz wyglądała teraz jak nieruchoma maska, Piotr poszedł do sypialni. Po drodze zajrzał do schowka i wyciągnął dużą walizkę na kółkach.
Katarzyna została w kuchni i przez dłuższą chwilę patrzyła przez okno, choć właściwie niczego nie widziała.
— Czyli druga klasa… — powiedziała cicho do pustego pomieszczenia. — Kobieta, która przez dwanaście lat była przy nim, rodziła jego dzieci, leczyła je, wychowywała, uspokajała, rozwijała, prowadziła dom i dbała o to, żeby miał do czego wracać, okazała się wagonem drugiej klasy. A przypadkowa kobieta, którą zna krócej niż rok i z którą nie spędził nawet miesiąca pod jednym dachem, została luksusowym przedziałem.
— Mamo! Mamo-o-o! — dobiegł z pokoju dziecięcego głośny, rozkazujący głos obudzonego Michała. — Mamo!
Katarzyna jakby wróciła do rzeczywistości.
Na jej ustach pojawił się ledwie widoczny uśmiech, a w spojrzeniu zapaliła się determinacja.
Nagle dokładnie wiedziała, co powinna zrobić.
— Już idę, Michałku! — zawołała w stronę pokoju dzieci, po czym ruszyła do sypialni, gdzie Piotr układał rzeczy w walizce.
— Poczekaj — powiedziała. — Słyszysz? Chłopcy już wstali. Jak zamierzasz wyjść stąd z walizką na ich oczach?
— Chyba powinienem był zrobić to wcześniej, żeby nie męczyć ani ciebie, ani ich — odpowiedział zakłopotany, nie przerywając składania swetrów i koszul.
— Mam inną propozycję.
Katarzyna zamknęła drzwi i podeszła bliżej.
Mówiła tak łagodnie i spokojnie, że Piotr zaskoczony podniósł głowę.
— Weekend dopiero się zaczął. Spędźmy go jak zwyczajna, normalna rodzina. Dla chłopców. Obiecuję, że nie będę ci niczego wypominać i nie zamierzam patrzeć na ciebie z potępieniem. Jutro wieczorem wszyscy razem usiądziemy i spokojnie porozmawiamy. We czwórkę. Wtedy będziesz mógł odejść otwarcie, bez chowania się i uciekania.