Marek spał.
Na jego piersi, zwinięty w ciasną rudą kulkę, leżał Felek.
Już chciałam syknąć i przegonić kota, zanim mąż się obudzi. Bałam się, że Marek go zobaczy, wpadnie w szał i wyrzuci na klatkę schodową.
W tej samej chwili poruszył się przez sen.
Jego duża, zgrubiała od pracy dłoń opadła bezwiednie na rude futro.
— Ale z ciebie grzejnik… — wymamrotał niewyraźnie.
Felek zaczął mruczeć.
Głośno i miarowo, jakby w jego drobnym ciele uruchomił się mały silnik.
Marek go nie odepchnął.
Przeciwnie, przyciągnął kota bliżej, wtulił twarz w miękką sierść i ponownie zapadł w sen.
Po kilku minutach oddychał już spokojnie oraz równo.
Stałam w drzwiach z dłonią przyciśniętą do ust i płakałam.
Po raz pierwszy od bardzo dawna zobaczyłam mojego Marka takim, jakim prawie przestałam go pamiętać — zmęczonego, słabego, bezbronnego.
A obok niego leżało stworzenie, którego jeszcze niedawno nie znosił.
Marek stopniowo odzyskiwał siły.
Po chorobie coś jednak zaczęło się zmieniać, choć żadne z nas nie umiało tego nazwać.
Nie krzyczał już na Felka.
Uparcie udawał, że kota w ogóle nie ma, ale ja dostrzegałam każdy szczegół.
Widziałam, jak ukradkiem zsuwa pod stół kawałek kiełbasy, kiedy sądził, że odwróciłam wzrok.
— No, jedz — mruczał z udawaną niechęcią. — Żryj, pasożycie. I tak zrobiłeś się gruby. Niedługo nie przeciśniesz się przez drzwi.
Felek przestał chować się pod kanapą, gdy tylko Marek wchodził do pokoju.
Trzymał jeszcze bezpieczny dystans, lecz śledził uważnie każdy jego ruch.
Potem wydarzyło się coś strasznego.
Pewnego popołudnia wróciłam do domu i zobaczyłam Felka leżącego na środku przedpokoju.
Zwykle wybiegał mi naprzeciw, ocierał się o kostki i głośnym miauczeniem domagał się jedzenia.
Tym razem się nie poruszał.
Z pyska wypływała mu piana, a całym ciałem wstrząsały drgawki.
— Marek! — krzyknęłam tak donośnie, że musieli mnie usłyszeć sąsiedzi na wszystkich piętrach. — Marek, chodź szybko!
Mąż wybiegł z kuchni.
— Co się stało?
— Felek umiera! — szlochałam, klęcząc przy kocie. — Nie wiem, co mu jest! Chyba coś połknął!
Marek znieruchomiał.
Tylko na sekundę.
Spodziewałam się, że wzruszy ramionami i powie obojętnie:
„I dobrze”.
Zamiast tego wydał stanowcze polecenie:
— Bierz koc! Natychmiast! Gdzie są kluczyki do samochodu?
Do całodobowej kliniki jechaliśmy jak szaleni, łamiąc chyba wszystkie możliwe przepisy.
Marek siedział za kierownicą i ściskał ją tak mocno, że zbielały mu knykcie.
— Podtrzymuj mu głowę, Anka! — komenderował, nie oglądając się za siebie. — Pilnuj języka! Oddycha?
— Oddycha, ale ledwie! — odpowiedziałam przez łzy z tylnego siedzenia.
— Wytrzymaj, stary — powiedział nagle Marek. — Zaraz będziemy. Tylko mi się nie waż umierać, słyszysz, rudzielcu? Jeszcze nie policzyliśmy się za ten wazon!
W klinice natychmiast zabrano kota na badania.
Okazało się, że Felek ma ostrą niedrożność jelit. Połknął kawałek plastiku.
Konieczna była pilna operacja.
— Leczenie nie będzie tanie — ostrzegł weterynarz. — Trzy tysiące złotych trzeba wpłacić od razu. Do tego dojdą koszty pobytu, leków i obserwacji po zabiegu.
Nie miałam takiej sumy.
Do wypłaty brakowało prawie tygodnia.
Bezradnie spojrzałam na męża.
Marek nie powiedział ani słowa.
Wyjął portfel, a z niego kartę bankową.
Na tym koncie od kilku miesięcy odkładał na komplet nowych zimowych opon oraz drogi kołowrotek.
— Proszę pobrać należność — powiedział sucho. — I zrobić wszystko, co trzeba. Najlepsze znieczulenie, najlepsze leki. Na tym nie będziemy oszczędzać.
— Marek… — wyszeptałam.
— Nie teraz — przerwał mi, ale w jego głosie nie było już dawnej złości. — Porozmawiamy później.
Operacja się udała.
Felka zostawiono w klinice na kilka dni, żeby lekarze mogli kontrolować jego stan.
Wracaliśmy do domu w milczeniu.
Ta cisza nie była jednak zimna, wroga ani ciężka.
Była zmęczona, pełna niepokoju i, po raz pierwszy od dawna, wspólna.
Po wejściu do mieszkania Marek najpierw nastawił czajnik.
Później wyjął z szafki butelkę koniaku, którą od dawna trzymaliśmy na wyjątkową okazję.
— Napijesz się? — zapytał, rozlewając alkohol do dwóch małych kieliszków.
— Napiję — odpowiedziałam i usiadłam naprzeciwko niego.
Wypiliśmy bez słowa.
Ciepło powoli rozeszło się po ciele, a napięcie ostatnich godzin zaczęło wreszcie odpuszczać.
— Naprawdę myślałem, że nie przeżyje — odezwał się Marek, patrząc w ciemne okno. — Taki mały, a trzyma się życia ze wszystkich sił.
— Dziękuję ci — powiedziałam cicho. — Za to, że nas zawiozłeś. I za pieniądze.
Podniósł wzrok.
Po raz pierwszy od pół roku spojrzał mi prosto w oczy i nie uciekł spojrzeniem.
— Anka… — Obracał pusty kieliszek między palcami. — Dlaczego my zachowujemy się jak dwoje ostatnich idiotów?
Natychmiast zaszczypało mnie w nosie.
— Nie wiem, Marek. Naprawdę nie wiem.
— Kiedy Kasia wyjechała, jakby coś mnie przygniotło — przyznał głucho. — Nagle poczułem się stary i nikomu niepotrzebny. Ty ciągle byłaś albo w pracy, albo rozmawiałaś z nią przez telefon. Wracałem do domu i miałem wrażenie, że ściany na mnie napierają. Myślałem, że wszystko się skończyło. Że już nic na nas nie czeka.