— Nie — odpowiedziała spokojnie.
— Jest pani pewna?
— Tak.
Po zakończeniu rozmowy telefon długo leżał nieruchomo na jej kolanach.
Dziecko delikatnie kopnęło.
Klara uśmiechnęła się i pogładziła brzuch.
— Teraz chciałby rozmawiać — szepnęła. — Dziwne, prawda?
Odpowiedział jej następny kopniak.
Zaśmiała się cicho.
— Masz rację. Wcale nie dziwne.
Zamilkła na moment.
— Po prostu za późno.
Mijały kolejne tygodnie.
Upadek Ryszarda przestał być sensacyjnym nagłówkiem, a stał się przewlekłym procesem.
Kontrole.
Przesłuchania.
Blokowane rachunki.
Byli pracownicy, którzy zaczęli mówić.
Darczyńcy domagający się wyjaśnień.
Sabina wystąpiła w jednym telewizyjnym wywiadzie. Płacząc, przekonywała, że sama została oszukana i nie znała prawdziwego źródła pieniędzy.
Opinia publiczna nie okazała jej jednak wiele współczucia.
Fotografia, na której błagała żonatego mężczyznę, podczas gdy jego ciężarna żona odchodziła z godnością, mówiła więcej niż wszystkie starannie ułożone zdania.
Ryszard raz przysłał Klarze ogromny bukiet białych róż.
Takich samych, jakie dawniej przynosił po zapomnianych rocznicach i złamanych obietnicach.
Klara przekazała kwiaty na oddział położniczy miejscowego szpitala.
Później napisał długi list.
Marianna odesłała go bez otwierania.
Następnie próbował dotrzeć do niej przez wspólnego znajomego.
Klara zerwała również ten kontakt.
Nie z zemsty.
Nie z nienawiści.
Po prostu wreszcie odzyskała spokój i nie zamierzała wpuszczać chaosu z powrotem.
Miesiąc przed planowanym porodem wróciła do Warszawy na rozprawę.
Miała na sobie elegancką kremową sukienkę ciążową i długi płaszcz w kolorze karmelu. Włosy upięła nisko, a jej twarz była spokojna oraz skupiona.
Kiedy wysiadła przed gmachem sądu, flesze aparatów rozbłysły ze wszystkich stron.
Tym razem nie opuściła głowy.
Nie ukrywała twarzy.
Ryszard czekał już w środku.
Wyglądał starzej.
Nie jak człowiek zniszczony w widowiskowy sposób, który tak chętnie opisywały tabloidy.
Raczej jak ktoś opróżniony od środka.
Garnitur wciąż był idealnie skrojony.
Buty nadal lśniły.
Jednak pewność siebie, którą kiedyś nosił niczym zbroję, zniknęła z jego postawy.
Gdy Klara weszła do sali, powoli podniósł się z miejsca.
Zaskoczyło ją to, co poczuła.
A właściwie to, czego już nie czuła.
Nie było gwałtownej złości.
Nie było ostrego bólu.
Nie było tęsknoty.
Pozostał jedynie cichy smutek za kobietą, którą kiedyś była.
— Klaro — powiedział niemal szeptem.
Jej prawnik ruszył naprzód, ale Klara zatrzymała go lekkim gestem dłoni.
— W porządku.
Ryszard przełknął ślinę.
— Dobrze wyglądasz.
— Dobrze się czuję.
Jego spojrzenie przesunęło się na jej brzuch.
Przez twarz przemknął mu ból.
— Jak dziecko?
— Jest zdrowe.
— Cieszę się.
Klara obserwowała go przez chwilę.
— Naprawdę?
To proste pytanie dotknęło go mocniej niż wszystkie oskarżenia.
— Tak.
Skinęła głową.
Ryszard podszedł odrobinę bliżej i zniżył głos.
— Wiem, że nie zasługuję na twoje wybaczenie.
— Nie — odpowiedziała. — Nie zasługujesz.
Drgnął.
— Wszystko zniszczyłem.
Klara powoli pokręciła głową.
— Nie zniszczyłeś naszego małżeństwa w jednej chwili. Ujawniłeś tylko pęknięcia, które od dawna biegły przez całą jego konstrukcję.
Opuścił wzrok.
— Byłem samolubny.
— Byłeś okrutny — poprawiła go spokojnie.
W jego oczach pojawiła się wilgoć.
— Przepraszam.
Wreszcie wypowiedział słowa, na które kiedyś czekała tak rozpaczliwie, że przez niezliczone noce nie mogła zasnąć.
Teraz dotarły za późno.
Były pełne żalu, ale nie niosły już niczego, czego potrzebowała.
Klara nabrała powietrza.
— Wierzę, że jest ci przykro — powiedziała. — Tylko że ja nie potrzebuję już tych przeprosin.
Jego twarz opadła pod ciężarem tej odpowiedzi.
— Kochałem cię — wyszeptał.
Głos Klary stał się nieco łagodniejszy.
— Być może. Ale nie w sposób, który pozwalałby ci mnie chronić.
Wtedy otworzyły się drzwi sali rozpraw.
Marianna zawołała Klarę.
Odwróciła się.
Ryszard odezwał się raz jeszcze:
— Czy nasze dziecko w ogóle będzie znało swojego ojca?
Klara zatrzymała się.
Po raz pierwszy od wielu tygodni poczuła złość.
Nie dziką.
Nie niszczącą.
Spokojną, czystą i niezwykle wyraźną.
— To zależy od tego, jakim człowiekiem staniesz się po utracie wszystkiego — odpowiedziała. — Nie od roli, którą odegrasz przed sędzią.
Po tych słowach weszła na salę.
Postępowanie rozwodowe ciągnęło się przez kilka miesięcy.
Śledztwo finansowe trwało jeszcze dłużej.
Ryszard ostatecznie przyznał się do nieprawidłowości związanych z fikcyjnymi kosztami fundacji.
Ponieważ zaczął współpracować z organami ścigania, uniknął najsurowszej kary.
Jego przedsiębiorstwo jednak upadło.
Ludzie, którzy niegdyś ustawiali się w kolejce, żeby uścisnąć mu dłoń, rozpłynęli się bez śladu.
Nazwisko Domański przestało otwierać drzwi. Zaczęło wywoływać szepty i podejrzliwe spojrzenia.
W deszczowy kwietniowy poranek Klara urodziła.
Dziewczynkę.
Zofię Helenę Domańską.
Kiedy położna położyła noworodka na jej piersi, Klara rozpłakała się tak gwałtownie, że lekarz uśmiechnął się pod nosem.
— Widzę, że obie panie mają bardzo silne płuca.