— Możesz wyświadczyć mi ogromną przysługę? Dzisiaj nie dam rady odebrać Zosi. Właśnie zwołali spotkanie z zarządem i naprawdę nie mogę na nim nie być. Pojechałbyś po nią?
Spojrzałem na zegarek.
Była piętnasta piętnaście.
Gdybym wyszedł od razu, spokojnie zdążyłbym przed zamknięciem przedszkola.
— Jasne, nie martw się — odpowiedziałem bez chwili zastanowienia. — Już jadę.
Po drugiej stronie na moment zapadła cisza. Chwilę później usłyszałem jej głęboki, pełen ulgi oddech.
— Naprawdę ci dziękuję — powiedziała już spokojniej. — Ratujesz mi życie. Nie wiem, co bym dzisiaj bez ciebie zrobiła.
Uśmiechnąłem się, sięgnąłem po kluczyki i zamknąłem laptop.
Nie miałem pojęcia, że ta zwyczajna przysługa rozpocznie dzień, który zniszczy wszystko, w co wierzyłem.
Powiedziałem przełożonemu, że wydarzyło się coś pilnego w rodzinie, a potem wsiadłem do samochodu i ruszyłem w stronę przedszkola. Kiedy wszedłem do środka, twarz Zosi natychmiast się rozpromieniła.
Wtedy uświadomiłem sobie, jak bardzo brakowało mi takich drobnych chwil. Praca pochłaniała mnie tak mocno, że prawie zapomniałem, jak niezwykłe jest uczucie, gdy własne dziecko cieszy się na twój widok bez najmniejszego udawania.
— Tato!
Pobiegła w moją stronę, a podeszwy jej małych sportowych butów zapiszczały na gładkiej podłodze.
Ukucnąłem, objąłem ją mocno i przez kilka sekund po prostu trzymałem w ramionach.
— Cześć, słoneczko — powiedziałem z uśmiechem. — Jedziemy do domu?
— Taaak! — zawołała z entuzjazmem.
Zdjąłem z wieszaka jej różową kurtkę z naszytymi na rękawach misiami i pomogłem jej ją założyć. Zosia przez cały czas opowiadała mi o tym, co jej koleżanka Ola powiedziała podczas podwieczorku. Słuchałem z przyjemnością, chłonąc każde słowo.
Nagle przechyliła głowę i zupełnie niewinnym tonem zapytała:
— Tato, dlaczego nowy tata nie przyszedł dziś po mnie jak zwykle?
Moje dłonie zastygły na suwaku kurtki.
Przez moment nie potrafiłem wykonać żadnego ruchu.
— Co powiedziałaś, kochanie? — zapytałem ostrożnie. — Jaki nowy tata?
Spojrzała na mnie tak, jakbym zadał najbardziej niezrozumiałe pytanie na świecie.
— No przecież wiesz… nowy tata. On prawie zawsze mnie odbiera. Potem jedziemy po mamę do pracy i wracamy razem do domu. Czasami idziemy też na spacer. W zeszłym tygodniu byliśmy w zoo i oglądaliśmy słonie. Przychodzi też do nas, kiedy ciebie nie ma. Jest miły. Czasem przynosi mi ciasteczka.
Poczułem, jakby ziemia usunęła mi się spod nóg.
Coś ścisnęło mnie w klatce piersiowej, a serce zaczęło uderzać tak mocno, że niemal słyszałem pulsowanie krwi w uszach. Mimo to za wszelką cenę starałem się nie pokazać córce, jak bardzo wstrząsnęły mną jej słowa.
— Rozumiem — odpowiedziałem możliwie spokojnie, choć ledwo panowałem nad głosem. — Widocznie dzisiaj nie mógł przyjechać, dlatego zjawiłem się ja. Cieszysz się, że to tata cię odebrał, prawda?
— Oczywiście! — roześmiała się.
Po chwili dodała coś, co zabolało jeszcze bardziej.
— Tylko ja wcale nie lubię mówić do niego „tato”, chociaż ciągle mnie o to prosi. To jest dziwne. Dlatego mówię na niego „nowy tata”.
Z trudem przełknąłem ślinę.
— Dobrze… rozumiem — wymamrotałem. — Nie musisz mówić do niego w żaden sposób, który ci się nie podoba.
W drodze do domu Zosia nie przestawała opowiadać.
Mówiła o swojej wychowawczyni, pani Kowalskiej, o tym, że Kuba przypadkiem przewrócił ją w piaskownicy, a potem ją przeprosił. Z dumą wyjaśniała, że narysowała wielką żyrafę i została pochwalona.
Od czasu do czasu kiwałem głową.
— Naprawdę?
— To wspaniale.
— Musiało być ciekawie.
Tak naprawdę prawie niczego nie słyszałem.
Moje myśli krążyły wokół jednego pytania, powracającego bez końca niczym zacięta płyta.
Kim, do cholery, był „nowy tata”?
I od kiedy Katarzyna zabierała po przedszkolu Zosię do swojego biura?
Nigdy nie powiedziała mi o tym ani słowa.
Po powrocie przygotowałem córce jej ulubioną kolację — kawałki kurczaka i makaron w sosie serowym. Później siedziałem z nią na dywanie w salonie i pomagałem układać puzzle. Uśmiechałem się, kiedy do mnie mówiła, lecz wewnątrz narastała panika.
Każda kolejna myśl była gorsza od poprzedniej.
Tamtej nocy leżałem obok Katarzyny i patrzyłem w sufit.
Ona spała spokojnie, jakby nic się nie wydarzyło.
Kilka razy miałem ochotę ją obudzić, spojrzeć prosto w oczy i zażądać wyjaśnień. Za każdym razem coś mnie jednak powstrzymywało.
Może bałem się odpowiedzi.
A może wiedziałem, że zanim ją oskarżę, muszę poznać prawdę i zdobyć pewność, iż słowa pięcioletniego dziecka nie wynikają z pomyłki.
Tak czy inaczej, nie zmrużyłem oka.
Nad ranem wiedziałem już, co zrobię.
Zadzwoniłem do pracy i powiedziałem, że jestem chory. Wyjaśniłem szefowi, że mam poważne problemy żołądkowe i nie dam rady pojawić się w biurze. Około południa wsiadłem do samochodu i pojechałem pod przedszkole Zosi.
Zaparkowałem po przeciwnej stronie ulicy. Znalazłem miejsce, z którego doskonale widziałem główne wejście, a jednocześnie sam pozostawałem wystarczająco daleko, by nikt mnie nie zauważył.