— Pani ręczniki zostawiliśmy w łazience. Niczego nie zabraliśmy. Proszę sprawdzić.
— Sprawdzę.
— I jeszcze… naprawdę nie chciałam wchodzić do pani domu.
Anna skinęła głową.
— Wierzę.
Katarzyna jakby spodziewała się innej odpowiedzi, ale nie dyskutowała. Wyszła i ostrożnie zamknęła drzwi.
W mieszkaniu zostali tylko Anna i Marek.
Od razu się zmienił. Przy obcych trzymał się bezczelnie, pewnie. Teraz opadły mu ramiona, ale zamiast skruchy na twarzy pojawiło się rozdrażnienie.
— Ładny teatr urządziłaś.
Anna powoli obeszła przedpokój, sprawdziła szafę, zajrzała do łazienki, kuchni i sypialni.
— Kiedy dorobiłeś klucze?
Marek wzruszył ramionami.
— Dawno. Jeszcze jak razem mieszkaliśmy.
— Po rozwodzie prosiłam, żebyś oddał wszystkie komplety.
— Zapomniałem.
— Nie, Marek. Zostawiłeś je celowo.
Milczał.
— Po co?
— A bo ja wiem. Na wszelki wypadek.
— Na wszelki wypadek przydało ci się wynajmować moje mieszkanie rodzinie.
— Nie wynajmować, tylko tymczasowo wpuścić.
— Za pieniądze.
Rozzłościł się.
— A co, mam wszystkim pomagać za darmo? Sami zaproponowali, że się odwdzięczą.
Anna spojrzała na niego tak, jakby widziała go po raz pierwszy.
Kiedyś przeżyła z tym człowiekiem prawie osiem lat. Wiedziała, jak pije kawę, gdzie zwykle zostawia pilota, jak złości się, gdy przegrywa w szachy na telefonie. Ale teraz stał przed nią nie były mąż, tylko obcy mężczyzna, który szczerze nie rozumiał, dlaczego nie wolno rozporządzać czymś, co do ciebie nie należy.
— Byłeś pewien, że się nie dowiem.
Marek prychnął.
— Nie miałaś wracać.
— Właśnie.
Zrozumiał, że powiedział za dużo.
Anna wzięła torebkę.
— Jedziemy.
— Dokąd?
— Po pozostałe klucze.
— Mówiłem, że więcej nie ma.
Anna wyjęła telefon.
— W takim razie czekamy tutaj na policję.
Marek zaklął pod nosem.
— Dobra. Jeden komplet mam w domu. Na wszelki wypadek.
— To właśnie po niego pojedziemy.
Do mieszkania Marka jechali w milczeniu.
Anna siedziała za kierownicą, Marek obok, na miejscu pasażera. Kilka razy zaczynał coś mówić, ale za każdym razem milknął.
Przed blokiem mruknął:
— Ty chociaż rozumiesz, że nie zrobiłem tego ze złości?
Anna wyłączyła silnik.
— Nie obchodzi mnie, czy zrobiłeś to ze złości, czy z głupoty. Skutek jest ten sam.
Marek zerknął na nią z ukosa.
— Kiedyś byłaś inna.
— Kiedyś myślałam, że człowiekowi wystarczy normalnie wytłumaczyć, a zrozumie.
— A teraz?
— Teraz patrzę na czyny.
Wysiadł pierwszy.
W jego mieszkaniu panował bałagan. W korytarzu walały się reklamówki, na krześle wisiała kurtka, na podłodze stała skrzynka z narzędziami.
Marek sięgnął do górnej szuflady komody i wyjął pęk z małym breloczkiem w kształcie niebieskiej rybki.
Anna rozpoznała ten brelok. Kupiła go nad morzem jeszcze w czasie małżeństwa.
— Masz.
Zabrała klucze.
— Jeszcze?
— Nie.
— Sprawdź.
Marek z irytacją otworzył inną szufladę, potem kuchenną półkę, a później skrzynkę z narzędziami.
W skrzynce znalazł się jeszcze jeden klucz.
Anna podniosła go dwoma palcami.
— A to co?
Marek odwrócił wzrok.
— Zapasowy.
— Trzeci komplet?
— Daj już spokój!
Anna włożyła klucz do torebki.
— Ja niczego nie zapominam. Po prostu wcześniej nie wszystko mówiłam na głos.
Po powrocie do domu Anna od razu zadzwoniła po ślusarza.
Przyjechał wieczorem.
Kiedy wymieniał zamki, sąsiadka z piątego piętra, pani Zofia, wyszła wyrzucić śmieci i zatrzymała się przy drzwiach.
— Aniu? Widzę, że jakiś przeprowadzkowy dzień u pani. Jeszcze pomyślałam: dziwne, przecież pani sama mieszka.
Anna uśmiechnęła się zmęczona.
— To nie była przeprowadzka. To był błąd mojego byłego męża.
Sąsiadka natychmiast się ożywiła.
— To on wczoraj tych ludzi przyprowadził? Pytałam nawet, na długo. A on powiedział, że pani się zgodziła.
Anna odwróciła się do niej.
— Tak powiedział?
— Oczywiście. Ja go przecież pamiętam, kiedyś tu mieszkał. Pomyślałam więc: skoro były mąż, to pewnie wszystko ustalone.
W tym momencie ślusarz zdjął stary zamek.
Anna spojrzała na metalowy mechanizm w jego rękach i niespodziewanie poczuła ulgę. Nie radość, nie zwycięstwo, tylko właśnie ulgę: drzwi wreszcie przestaną być przejściem dla człowieka, który dawno powinien zostać w przeszłości.
— Teraz na pewno nic nie jest ustalone — powiedziała.
Pani Zofia pokręciła głową.
— No proszę. Swojego nie ma, to cudzym rozporządzają.
Anna nic nie odpowiedziała.
Następnego dnia Marek znów zadzwonił.
Anna nie odebrała.
Napisał wiadomość:
„Anka, bez awantur. Poniosło mnie. Nie trzeba nikomu opowiadać”.
Przeczytała i odłożyła telefon.
Godzinę później przyszła druga:
„Piotr teraz do wszystkich wydzwania. Robi ze mnie oszusta”.
Anna odpisała dopiero wtedy:
„Sam dałeś mu powód”.
Marek niemal natychmiast oddzwonił. Tym razem odebrała.
— Ty naprawdę postanowiłaś mnie pogrążyć? — zaczął bez przywitania.
— Na razie nic nie zrobiłam.
— Ale możesz?
— Mogę.
Zamilkł.
— Anka, rozumiesz chyba, że dodatkowe problemy są mi teraz zupełnie niepotrzebne.
— A mnie obcy ludzie w sypialni bardzo się przydali?
— Przeprosiłbym, gdybyś umiała rozmawiać normalnie.
Anna aż odsunęła telefon od ucha i spojrzała na ekran.