Przez cztery miesiące czekaliśmy na urlop, a potem ciotka męża przyjechała do nas z dwoma walizkami i przekonaniem, że jesteśmy jej prywatną obsługą

Potem ostentacyjnie wstała, otworzyła lodówkę i zaczęła głośno przesuwać pojemniki. Oglądała opakowania, wzdychała i zamykała kolejne półki z przesadną siłą.

— Nawet rosołu nie ma? Czym wy się w ogóle żywicie?

Nawinęłam spaghetti na widelec.

— Makaronem.

Teresa zrobiła sobie kanapkę.

Chleb.

Masło.

Ser.

Jadła ją z miną człowieka, któremu w czasie wojny odebrano ostatni przydział żywności.

Na jej twarzy można było odczytać: „Nic nie szkodzi. Wszystko zapamiętam. Później opowiem rodzinie, jak synowa głodziła mnie we własnym domu”.

Kiedy Michał wyszedł z łazienki, rześki i zadowolony, ciotka natychmiast przeniosła uwagę na niego.

— Michałku, łóżko w pokoju gościnnym jest fatalne. Na takim materacu mój kręgosłup długo nie wytrzyma. Może oddacie mi waszą sypialnię? Jesteście młodzi, możecie kilka nocy przespać się na kanapie.

Zakrzusiłam się wodą.

Michał otworzył usta.

Po chwili je zamknął.

Spojrzał na mnie.

Powoli pokręciłam głową.

Tak wymownie, że prawdopodobnie zrozumieliby mnie nawet sąsiedzi za ścianą.

— Ciociu Tereso, mamy dobry materac nawierzchniowy. Najpierw spróbujmy z nim — zaproponował dyplomatycznie Michał.

Zacisnęła usta.

Nie zaczęła jednak kłótni.

Pierwsza poważna potyczka skończyła się remisem.

Wieczorem leżałam w łóżku i liczyłam.

Nie owce.

Uwagi Teresy.

W ciągu jednego dnia uzbierało się ich jedenaście.

Zasłony są wyblakłe.

Materac jest beznadziejny.

Nie ma zupy.

Za długo chodzę w piżamie.

Na stole nie ma obrusa.

Na półce jest kurz.

Muzyka gra zbyt głośno.

Kot to niehigieniczne zwierzę.

Kawa bez mleka szkodzi żołądkowi.

Domowe spodenki Michała wyglądają niepoważnie.

I dlaczego właściwie nie chodzimy w niedziele do kościoła?

Jedenaście uwag.

W ciągu kilku godzin.

— Michale — powiedziałam cicho. — Jeśli jutro będzie tak samo, przestanę milczeć.

Ciężko westchnął.

— Karolina, ona jest już starszą osobą. Wytrzymaj jeszcze trochę.

Wytrzymaj.

Jak bardzo zmęczyło mnie to słowo.

Pojawiało się zawsze, gdy chodziło o kogoś z jego rodziny.

Wytrzymaj kuzyna na działce.

Wytrzymaj ciotkę podczas świąt.

Wytrzymaj niewygodę.

Wytrzymaj komentarze.

A kto miał wytrzymywać mnie?

Drugi dzień urlopu zaczął się o siódmej rano.

O siódmej!

Podczas urlopu!

Teresa wstała wcześnie i zaczęła hałasować czajnikiem oraz naczyniami, jakby organizowała w kuchni pilną zbiórkę dla całej armii.

Kot ze strachu schował się pod łóżkiem.

Ja postanowiłam nie wychodzić z sypialni.

Do kuchni pojawiłam się dopiero około dziewiątej.

Teresa siedziała przy zupełnie pustym stole, z dłońmi złożonymi przed sobą.

Wyglądała jak generał, któremu od dwóch godzin nikt nie złożył raportu.

— Karolino, od dwóch godzin czekam na śniadanie.

Właśnie tak.

Czekała.

Nie na śniadanie w ogólnym znaczeniu.

Czekała na śniadanie, które — jak uznała — powinnam przygotować ja.

Nalałam sobie kawy.

Wyjęłam z lodówki jogurt.

Wzięłam łyżkę i usiadłam naprzeciwko niej.

— Ciociu Tereso, jesteś dorosłą, samodzielną osobą. W lodówce są jajka, ser, masło, chleb i wędlina. Patelnia stoi w dolnej szafce. Mam urlop, więc nie zamierzam przygotowywać posiłków na zamówienie.

Jej brwi zaczęły powoli unosić się coraz wyżej.

Wyglądało to tak efektownie, że z trudem powstrzymałam uśmiech.

— Odmawiasz mi jedzenia?

— Nie. Mówię tylko, że możesz sama przygotować to, na co masz ochotę. U nas każdy tak robi.

Gwałtownie odwróciła się w stronę korytarza.

— Michał! Michał!

Po kilku sekundach w drzwiach pojawił się zaspany mąż.

Włosy sterczały mu na wszystkie strony.

Na twarzy miał niepokój.

— Co się stało?

— Twoja żona odmawia przygotowania mi śniadania! Przyjechałam do was w gości, jestem starszą osobą, a ona każe mi samej stać przy kuchence i smażyć jajecznicę!

Michał spojrzał najpierw na ciotkę, potem na mnie.

Ja spokojnie jadłam jogurt.

Łyżka.

Jogurt.

Łyżka.

Bez tłumaczenia się.

Bez dyskusji.

— Ciociu, Karolina rzeczywiście ma urlop — powiedział w końcu. — Zrobię ci omlet.

I zrobił.

Teresa zjadła go z miną, jakby razem z jajkami podano jej dowód na istnienie ludzkiej niesprawiedliwości.

Każdy kęs był pełen cierpienia.

Talerz jednak opróżniła do końca.

Po śniadaniu zadzwoniła do kogoś.

Nie zamierzałam podsłuchiwać, ale ściany w naszym mieszkaniu były dość cienkie, a Teresa, jak już wspominałam, nie uznawała cichego mówienia.

— Elżbieto, nawet sobie nie wyobrażasz! Synowa zupełnie się rozpuściła. Sama siedzi i pije kawę, a ja jestem głodna! Biedny Michał musi sam stać przy kuchence. Zrobiła z niego służącego!

Zamknęłam oczy.

„Biedny Michał”.

Czterdzieści lat.

Metr osiemdziesiąt pięć wzrostu.

Inżynier.

Kierownik działu, w którym pracowało dwanaście osób.

Biedny chłopiec.

Zamknęłam się w sypialni i wyjęłam książkę.

Kupiłam ten kryminał specjalnie na urlop.

Miał sto dwadzieścia stron i, ku mojej ogromnej radości, żadnego rozdziału poświęconego rodzinie męża.

W porze obiadowej Teresa przeszła do następnego etapu.

Postanowiła sama zrobić sobie coś do jedzenia.

Spokojne przygotowanie posiłku było jednak poniżej jej godności.

Garnki uderzały o blat, jakby w kuchni składano zestaw perkusyjny.