Mateusz czytał napisy na wieczkach.
Milczał.
Stanisław był mu za to milczenie ogromnie wdzięczny.
Tego lata czereśnia wydała zaledwie garść owoców.
Małych.
Kwaśnawych.
Ale jednak wydała.
Michał przyjechał w sierpniu.
Od samochodu szedł powoli, uważnie lustrując podwórze.
Tak patrzą ludzie, którzy w myślach przeliczają już metry działki i szacują jej wartość.
Spod domu wyszedł mu naprzeciw ojciec.
Szczupły.
Ale stojący na własnych nogach.
W czystej koszuli.
Z wiadrem w ręku.
— Co cię tu sprowadza? — zapytał Stanisław.
Michał zatrzymał się.
Po jego twarzy przemknęło coś dziwnego.
— Ty… żyjesz?
— A przyjechałeś mnie pochować? — Dziadek postawił wiadro na ziemi. — Powiedz wreszcie, po co tu jesteś.
— Ja tylko… chciałem zobaczyć dom. I ogród.
— Mój dom.
Stanisław zmrużył oczy.
I nagle zrozumiał wszystko.
Do samego końca.
Zrozumiał, że syn prawdopodobnie zdążył już rozmawiać z notariuszem.
Że rozmawiał o tym z żoną.
Że ktoś w myślach wystawił już jego dom na sprzedaż i obliczył przyszły zysk.
— Wynoś się — powiedział cicho.
Po chwili nie wytrzymał.
— Nagle dom ci potrzebny? Przez cały rok cię tu nie było! Czekałeś, aż umrę? Ani razu nie przyjechałeś! Ani razu nie zapytałeś, czy twój ojciec ma chleb! A teraz przypomniałeś sobie o spadku?
Podniósł rękę i pokazał synowi obraźliwy gest.
— Tyle dostaniesz! Ani domu, ani ogrodu, ani kawałka ziemi. Pojadę do notariusza i wszystko zapiszę tak, jak należy.
— Tato, co ty wygadujesz…
— Zostawię to komuś innemu! Nie tobie! I spróbuj potem iść do sądu — nawet zza grobu nie dam ci spokoju!
Stanisław odwrócił się i ruszył w stronę domu.
Na ganku przystanął.
Nie oglądając się, dodał:
— Przywieź kiedyś Zosię. Rysowała dla mnie obrazek. Niech zobaczy, że go zachowałem.
Po czym zamknął drzwi.
Z piwnicy wyszedł Mateusz.
Naprawiał tam właśnie starą drabinę.
— Kto przyjechał?
Stanisław patrzył ponad jego ramieniem, w stronę drogi, gdzie powoli opadał kurz.
— Nikt ważny. Obcy człowiek pytał o drogę.
— I pokazał mu pan?

— Pokazałem, synku. Poradziłem, żeby więcej tutaj nie wracał.
Mateusz nie zadawał dalszych pytań.
Wytarł ręce o spodnie, a potem wskazał samochód.
— Przywiozłem coś dla pana. Cztery sadzonki. Jedną jabłoń i trzy śliwy węgierki. Jesień to najlepsza pora na sadzenie, póki ziemia jest jeszcze ciepła.
Dziadek odwrócił się ku niemu.
Przez długą chwilę milczał.
W gardle miał ciężką gulę, która nie pozwalała wypowiedzieć ani słowa.
— Mateuszku — powiedział w końcu. — Przecież ja już nie doczekam ich owoców.

— Doczeka pan — odpowiedział spokojnie chłopak, wyjmując sadzonki z bagażnika. — Śliwa zaczyna owocować w trzecim roku.
Spojrzał na dziadka i uśmiechnął się.
— A pan ma jeszcze dużo kopania przed sobą.
Ruszył po łopatę.
Stanisław stał jeszcze przez moment pośrodku podwórza.
Przetarł rękawem oczy, jakby to tylko kurz wpadł mu pod powieki.
A potem poszedł za nim.