— Składam pozew o rozwód! Mam dość twoich tabletek, narzekań i ciągłego bólu! Chcę młodej, zdrowej żony! — oznajmił mąż, nie podejrzewając, jak przewrotnie życie odpowie na te słowa

Joanna zatrzasnęła pokrywę MacBooka z taką siłą, jakby to właśnie laptop odpowiadał za wszystkie nieszczęścia, które spadły na nią tego dnia.

Od samego rana wszystko układało się fatalnie. Klient po raz trzeci zmienił założenia projektu, a lekarz podczas rozmowy telefonicznej ostrożnie zasugerował, że być może trzeba będzie zwiększyć dawkę leków. Jakby Joanna już teraz nie nosiła ze sobą połowy apteki.

Za oknem lutowy wieczór rozmazywał na szybach szaroburą warszawską pluchę. Dochodziła osiemnasta. O tej porze najchętniej zaparzyłaby mocną herbatę z bergamotką, otuliła się miękkim kocem i choć na chwilę przestała myśleć o pracy, badaniach oraz nieustannym pulsowaniu w skroniach.

Tego dnia jednak zwyczajny rytuał został niespodziewanie przerwany. Zamek w drzwiach wejściowych szczęknął niemal trzy godziny wcześniej niż zazwyczaj.

— Marek? Dlaczego wróciłeś tak wcześnie? — zapytała Joanna, nie odwracając głowy. Wciąż przyglądała się własnemu odbiciu w wygaszonym ekranie komputera.

Od mniej więcej roku ich rozmowy przypominały słuchowisko, w którym każde z małżonków nadawało na innej częstotliwości. Oboje wypowiadali swoje kwestie, lecz żadne tak naprawdę nie słuchało drugiego.

— Musimy poważnie porozmawiać — odezwał się Marek.

Jego głos był dziwnie przytłumiony, jakby dopiero co wyszedł z mrozu albo zmagał się z przeziębieniem.

Joanna uśmiechnęła się w duchu bez cienia wesołości. Po piętnastu latach małżeństwa potrafiła rozpoznać najdrobniejsze różnice w jego tonie. Ten konkretny oznaczał: „Zrobiłem coś paskudnego, ale zanim skończymy rozmowę, i tak przekonam cię, że to twoja wina”.

— Słucham — powiedziała, obracając fotel.

Marek wyglądał jak kierownik działu, który za chwilę ma zostać wezwany na rozmowę z zarządem. Garnitur był starannie wyprasowany, krawat zawiązany równo, lecz jego twarz wydawała się zmęczona i napięta.

— Postanowiłem wystąpić o rozwód — wyrzucił z siebie na jednym oddechu, jak człowiek zmuszający się do skoku do lodowatej wody.

W Joannie coś cicho pękło.

Nie serce. To chyba już dawno przestało oczekiwać od Marka czegokolwiek dobrego. Zerwała się raczej ostatnia cienka nić nadziei, że ich małżeństwo któregoś dnia samo wróci do dawnej bliskości.

— Nie potrafię dłużej tak żyć — ciągnął, przemierzając salon od ściany do ściany. — Te wszystkie szpitale, badania, leki, twoje bóle i ciągłe skargi… Ja też jestem człowiekiem! Mam dopiero czterdzieści dwa lata, a czuję się jak starzec!

— Czterdzieści trzy — poprawiła go odruchowo Joanna. — Jak ma na imię?

Marek stanął w miejscu.

— Kto?

— Daruj sobie przedstawienie — odpowiedziała i niespodziewanie parsknęła śmiechem. — Nie jestem ślepa. Nowe koszule, karnet na siłownię, weekendowe wyjazdy służbowe, o których wcześniej nie wspominałeś. To wszystko jest boleśnie banalne. Powiedz po prostu, jak ma na imię.

— Wiktoria — odparł.

Wypowiedział to imię z taką miękkością, że Joannę przeszedł dreszcz.

— Ma dwadzieścia pięć lat. Jest zupełnie inna niż ty. Pełna życia, energii, planów. A przede wszystkim jest zdrowa.

— I będzie mogła urodzić ci dzieci — dodała Joanna spokojnie, bez oskarżenia w głosie.

Przed laty wspólnie uznali, że ciąża byłaby zbyt wielkim ryzykiem dla jej zdrowia. Przynajmniej Joanna przez cały ten czas wierzyła, że była to ich wspólna decyzja, a nie ofiara, którą Marek zapisał sobie w pamięci na jej niekorzyść.

— Tak! — niemal krzyknął. — Właśnie tak! Chcę mieć normalną rodzinę, rozumiesz? Chcę prawdziwego życia, a nie tego niekończącego się trwania od wizyty do wizyty, od jednej recepty do następnej!

Joanna powoli wstała.

Ku własnemu zdumieniu pomyślała, że dobrze zrobiła, wkładając rano ulubiony domowy komplet, a nie stare, rozciągnięte spodnie dresowe. Nagle stało się dla niej ważne, by wyglądać godnie w chwili, gdy rozpadało się jej piętnastoletnie małżeństwo.

— Dobrze — powiedziała głosem znacznie pewniejszym, niż się spodziewała. — Zgadzam się.

— To wszystko? Tak po prostu? — Marek patrzył na nią z niedowierzaniem.

Najwyraźniej przygotował się na łzy, krzyk, błagania, oskarżenia albo talerze rozbijające się o ścianę. Jej spokój całkowicie zburzył scenariusz, który wcześniej ułożył sobie w głowie.

— Mam jednak jeden warunek.

— Jaki znowu warunek? — zapytał natychmiast, a w jego głosie pojawiła się czujność.

Joanna po raz pierwszy od początku rozmowy uśmiechnęła się naprawdę. Był to spokojny, niemal łagodny uśmiech, który z niewiadomego powodu wyraźnie zaniepokoił Marka.

— Poznasz go jutro. Potrzebuję czasu do rana.

Kiedy tylko drzwi zamknęły się za mężem, Joanna chwyciła telefon. Palce drżały jej tak mocno, że dwa razy minęła właściwy numer.

— Halo, Marta? Jesteś zajęta? Potrzebuję pomocy. Tak, natychmiast. Nie, nie umieram, chociaż sytuacja jest niewiele przyjemniejsza. Marek chce rozwodu. Przestań lamentować i posłuchaj! Potrzebuję porady prawnej. Twój brat nadal jest adwokatem, prawda? Mógłby przyjechać za godzinę?