Spiesząc się na samolot, Marek nagle zobaczył na lotnisku własną żonę, choć zapewniała go, że przebywa na wsi przy ciężko chorej matce. Gdy postanowił po cichu ruszyć za nią, odkrył coś, na co zupełnie nie był przygotowany…

Marek nerwowo zerknął na zegarek, gdy wysiadł z taksówki przed terminalem warszawskiego lotniska. Do końca odprawy pozostało niespełna czterdzieści minut, więc nie mógł pozwolić sobie na najmniejszą zwłokę. W jednej dłoni ściskał torbę podróżną, drugą co chwilę sięgał po telefon, czekając na wiadomość od współpracowników, którzy byli już w Gdańsku. Ta delegacja miała ogromne znaczenie. Jeden dzień rozmów mógł zdecydować o powodzeniu projektu, nad którym cały zespół pracował od wielu miesięcy.

Ruszył szybkim krokiem w stronę wejścia, niemal nie zwracając uwagi na klaksony samochodów, odgłos walizek sunących po chodniku i rozmowy ludzi spieszących w przeciwnych kierunkach. Wtedy, kilkadziesiąt metrów dalej, zauważył kobietę przechodzącą przez jezdnię. Zatrzymał się tak gwałtownie, jakby ktoś złapał go za ramię. Sylwetka, sposób poruszania się, lekko pochylona głowa — wszystko przypominało Annę, jego żonę.

Przez kilka sekund patrzył bez ruchu, przekonując samego siebie, że wzrok płata mu figle.

Przecież tego samego ranka Anna dzwoniła do niego ze wsi. Mówiła przyciszonym, zmęczonym głosem, że stan jej matki nagle się pogorszył i praktycznie nie może odchodzić od jej łóżka. Prosiła Marka, żeby się nie martwił. Zapewniała, że zostanie tam jeszcze kilka dni, dopóki sytuacja się nie ustabilizuje.

Tymczasem kobieta przed terminalem nie wyglądała ani jak ktoś, kto właśnie przyjechał ze wsi, ani jak córka czuwająca od wielu godzin przy ciężko chorej matce. Miała na sobie elegancki jasny płaszcz, starannie ułożone włosy i niewielką, wyraźnie drogą torebkę. Poruszała się spokojnie, pewnie, bez śladów zmęczenia czy rozpaczy, o których Anna mówiła jeszcze kilka godzin wcześniej.

Marek już nabierał powietrza, żeby zawołać ją po imieniu, lecz coś go powstrzymało.

Cofnął się za szeroki betonowy filar przy wejściu do terminalu.

W głowie miał kompletny chaos. Może jednak to nie ona? Warszawa była ogromnym miastem. Przypadkowe podobieństwo przecież mogło się zdarzyć. Wtedy kobieta odwróciła się bokiem, poprawiając pasek torebki.

Marek poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku.

Nie było już żadnych wątpliwości.

To była Anna.

Żona spojrzała kilka razy na zegarek, po czym zaczęła rozglądać się po okolicy. Nie zachowywała się jak pasażerka spóźniona na samolot. Wyglądała raczej tak, jakby na kogoś czekała.

Marek przypomniał sobie poranną rozmowę z nią. Wtedy Anna mówiła, że jej matka niemal nie wstaje z łóżka i że boi się zostawić ją samą choćby na kilka minut. Jeszcze rano współczuł żonie, martwił się o teściową i wyrzucał sobie, że przez delegację nie może pojechać razem z nią.

Teraz każde z tamtych zdań nabierało zupełnie innego znaczenia.

Spojrzał w stronę terminalu. Jeśli zostanie tutaj jeszcze kilka minut, prawdopodobnie straci samolot. Odwołanie podróży w ostatniej chwili mogło oznaczać ogromne komplikacje, a jego obecność na spotkaniu była naprawdę konieczna.

Rozum podpowiadał mu, żeby ruszył do odprawy.

Ale nogi nie chciały się poruszyć.

Nie potrafił oderwać wzroku od Anny.

Dlaczego go okłamała?

Po co przyjechała na lotnisko?

I na kogo czekała?

Kilka minut później przy krawężniku zatrzymał się czarny samochód z mocno przyciemnionymi szybami. Wyglądał kosztownie. Marek był pewien, że nigdy wcześniej go nie widział.

Anna od razu podeszła do drzwi od strony pasażera.

Szyba po stronie kierowcy opuściła się nieco. Siedzący za kierownicą mężczyzna uśmiechnął się i powiedział do niej kilka słów. Anna odpowiedziała bez najmniejszego zdziwienia czy skrępowania. Nie wyglądała na osobę, która spotyka nieznajomego. Zachowywała się tak, jakby znała kierowcę od dawna.

Po chwili otworzyła drzwi i wsiadła.

Markowi ścisnęło się gardło.

Wyciągnął telefon, zrobił zdjęcie samochodu i spróbował przyjrzeć się twarzy kierowcy. Nie zdążył. Szyba ponownie powędrowała do góry.

Auto ruszyło.

W tej samej chwili lot, odprawa i spotkanie biznesowe przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.

Marek patrzył za odjeżdżającym samochodem z jedną myślą: jeśli pozwoli Annie teraz zniknąć, być może już nigdy nie dowie się, dlaczego tak starannie go oszukała.

Zacisnął palce na uchwycie torby, odwrócił się i pobiegł w stronę postoju taksówek.

Zatrzymał pierwszy wolny samochód i usiadł z tyłu.

— Proszę jechać za tym czarnym autem — powiedział, wskazując pojazd widoczny jeszcze między innymi samochodami.

Kierowca spojrzał na niego w lusterku ze zdziwieniem, ale nie zapytał o nic. Włączył się do ruchu i przyspieszył na tyle, na ile pozwalał gęsty ruch.

Marek nie spuszczał czarnego samochodu z oczu. Każde skrzyżowanie było dla niego próbą nerwów. Gdy zapalało się czerwone światło, czuł, jak serce wali mu coraz mocniej. Wystarczył jeden autobus, jedna ciężarówka albo dłuższy korek, by samochód z Anną zniknął za zakrętem razem ze wszystkimi odpowiedziami.

Po mniej więcej dwudziestu minutach czarne auto zjechało w okolice przemysłowych obrzeży miasta.