Adrian poprowadził Martę na środek sali. Stary parkiet pod ich stopami odpowiedział głuchym, nierównym skrzypnięciem, jakby cała szkolna sala gimnastyczna rozumiała, że za chwilę wydarzy się coś, czego nie było w planie. Muzyka płynęła wokół gęsto niczym ciepły miód, a lekkie drżenie strun sprawiało, że powietrze zdawało się ciężkie i lepkie. Marta wyczuła, że jego dłoń — sucha, pewna siebie, przywykła do niedbałych dotknięć — lekko się napina, gdy druga spoczywa na jej talii. A właściwie nie spoczywała, lecz zawisła w wahaniu, jakby Adrian bał się, że pod tkaniną ciemnozielonej sukni kryje się coś, co mogłoby całkowicie ją skrępować.
