— Nie. To wy sami ją zniszczyliście. Chciwością. Kłamstwami. Kontrolą. Nienawiścią. Ja tylko zamknęłam za wami drzwi.
Wzięła torebkę i ruszyła do wyjścia.
Przy drzwiach zatrzymała się jeszcze na chwilę.
— Tydzień. Potem policja.
Wyszła.
Nie obejrzała się za siebie.
Przed budynkiem czekała na nią Karolina.
Stała obok samochodu, paliła papierosa i strzepywała popiół do pustej metalowej puszki.
— I co?
Aneta bez słowa usiadła na miejscu pasażera.
— Jedźmy.
Karolina uruchomiła silnik.
— Jak się trzymasz?
Aneta patrzyła przez okno.
Wieczorne miasto przesuwało się za szybą.
Szare bloki.
Mokry, lśniący asfalt.
Pojedynczy ludzie czekający na przystankach.
Otworzyła torebkę i wyjęła broszkę po babci.
Tę samą, którą zdążyła schować jeszcze przed przeprowadzką.
Stare srebro.
Pociemniały ametyst.

Przesunęła kciukiem po zimnym kamieniu.
— Wiesz, Karolino, kiedyś bardzo bałam się samotności. Wydawało mi się, że bycie samej jest najgorszą rzeczą, jaka może się człowiekowi przydarzyć.
Umilkła na chwilę.
— Później zrozumiałam, że prawdziwa samotność zaczyna się wtedy, gdy wokół ciebie są ludzie, a w środku i tak pozostaje pustka. Teraz też czuję pustkę. Tylko że jest cicha. I wiesz co? Ta cisza jest dla mnie więcej warta niż wszystkie pieniądze.
Karolina uśmiechnęła się pod nosem.
— Nieźle. Możesz od razu wrzucić to jako status.
Aneta odwzajemniła uśmiech.
Po raz pierwszy od bardzo dawna uśmiechnęły się nie tylko jej usta.

Rozjaśniły się również oczy.
— Jedźmy do domu — powiedziała. — Teraz będę miała nowy dom. I kota. Na pewno sprawię sobie kota.
Samochód ruszył płynnie.
Aneta oparła głowę o zagłówek i zamknęła oczy.
W środku wciąż czuła pustkę.
Tym razem jednak ta pustka jej nie dusiła.
Dawała jej wolność.