— Wybrała pana z konkretnego powodu — powiedział mecenas Wysocki ciszej. Sięgnął do teczki, którą trzymał pod pachą. — W środku znajduje się list, Piotrze. Helena chciała, żeby przeczytał go pan, zanim wydarzy się cokolwiek więcej. Zanim podejmie pan jakąkolwiek decyzję. Przewidziała, że…
Nie zdążył dokończyć.
Między nami stanął pewnym krokiem mężczyzna w szarym garniturze, zachowujący się tak, jakby należało do niego całe to miejsce. Mógł mieć około pięćdziesięciu lat. Włosy zaczynały mu się przerzedzać, a szczękę zaciskał tak mocno, że na policzkach drgały mięśnie. Nigdy wcześniej go nie widziałem, lecz po pierwszym zdaniu od razu wiedziałem, kim jest.
— Pan jest Piotr — oznajmił chłodno. — Nazywam się Marek. Jestem siostrzeńcem Heleny.
Powoli skinąłem głową.
— Wspominała o panu.
— Mogę sobie wyobrazić, co mówiła — odparł, mierząc mnie od stóp do głów. — Młody opiekun poślubia moją osiemdziesięciodwuletnią ciotkę trzy dni przed jej śmiercią. Chyba rozumie pan, jak to wygląda.
— W rzeczywistości wszystko przebiegło zupełnie inaczej.
— Każdy na pańskim miejscu powiedziałby dokładnie to samo.
Mecenas Wysocki znacząco odchrząknął, ale Marek najwyraźniej nie zamierzał kończyć.
— Podważę wszystko — oświadczył. — Małżeństwo, testament, każdy dokument. Mój prawnik już przygotowuje odpowiednie pisma. Wykorzystał pan bezbronną starszą kobietę, a ja nie pozwolę, by uszło to panu na sucho.
Nieświadomie mocniej zacisnąłem palce na uchwytach torby.
— Nigdy niczego jej nie zabrałem.
— W takim razie nie będzie pan miał nic przeciwko temu, żeby natychmiast mi ją oddać.
Spojrzałem na mecenasa Wysockiego. Ledwie dostrzegalnie pokręcił głową, ostrzegając mnie bez słów.
— Muszę to wszystko przemyśleć — powiedziałem w końcu i odszedłem.
— Piotrze, proszę zaczekać! Nie zdążyłem panu wszystkiego wyjaśnić! — zawołał za mną prawnik.
Nie odwróciłem się. Szedłem dalej, zbyt wstrząśnięty, by jeszcze raz spojrzeć na któregokolwiek z nich.
W poniedziałek po domu opieki zaczęły krążyć pierwsze plotki.
Najpierw wyczuwałem je w spojrzeniach, dopiero później usłyszałem szepty.
Za każdym razem, gdy wchodziłem do pokoju socjalnego, rozmowy nagle cichły.
Dwie pielęgniarki urwały zdanie w połowie, kiedy mijałem je na korytarzu.
Nawet mieszkańcy, których znałem od ponad roku, zaczęli patrzeć na mnie inaczej.
Agnieszka znalazła mnie w magazynie, gdzie układałem na półkach świeże ręczniki. Weszła do środka i cicho zamknęła za sobą drzwi.
— W środę chce z tobą rozmawiać dyrekcja. Wszczynają oficjalne postępowanie wyjaśniające.
— Spodziewałem się tego.
— Musisz zdecydować, co zrobisz.
— Oddam wszystko — odpowiedziałem bez namysłu. — Cokolwiek znajduje się w tej torbie. Cokolwiek Helena mogła mi zapisać. Marek może to zabrać. Nie chcę, żeby ktokolwiek pomyślał, że ożeniłem się z nią dla pieniędzy.
Agnieszka patrzyła na mnie długo, nie kryjąc niedowierzania.
— Piotrze, przecież właśnie o to chodzi Markowi.
— Może ma do tego prawo. Jest jej krewnym. Łączą ich więzy krwi.
— I co z tego? — zaprotestowała. — To ty byłeś jej prawdziwą rodziną. Widziałam każdego dnia, ile dla siebie znaczyliście.
Nie odpowiedziałem. W milczeniu układałem kolejne ręczniki jeden na drugim, starając się wyrównać brzegi.
— Musisz mieć jakiś plan — powtórzyła.
Wieczorem siedziałem na łóżku, a przede mną leżała stara płócienna torba Heleny.
Wciąż jej nie otworzyłem.

Czułem, że rozpięcie zamka byłoby wtargnięciem do czegoś świętego. Jakbym w chwili, gdy zajrzę do środka, przyznał, że Marek przynajmniej częściowo miał rację.
Nagle zawibrował telefon.
Dzwonił mecenas Wysocki.
— Piotrze, na cmentarzu nie zdążyłem powiedzieć wszystkiego. Zanim podejmie pan jakąkolwiek decyzję, proszę otworzyć torbę i przeczytać list. Helena dokładnie wiedziała, że to się wydarzy.
— Co dokładnie? — zapytałem.
— Wiedziała, że Marek zjawi się natychmiast, gdy tylko usłyszy o jej śmierci. Była przygotowana. Właśnie to próbowałem panu wyjaśnić, zanim nam przerwał. Proszę… niech pan ją otworzy.
Połączenie się zakończyło.
Jeszcze przez długie minuty siedziałem nieruchomo, wpatrując się w metalowy suwak.

W końcu nabrałem głęboko powietrza i powoli rozpiąłem torbę.
W środku nie było pieniędzy.
Nie znalazłem biżuterii.
Nie było tam aktu własności domu.
Ani klucza do sejfu.
Nie było niczego, czego przez cały czas się spodziewałem.
— Przygotowana na co? — wyszeptałem.