Stary zegar w przedpokoju odmierzał ostatnie chwile cierpliwości Barbary — ale prawda o „sparaliżowanym” mężu okazała się znacznie straszniejsza niż jego choroba

Wtedy pojawiły się dziwne dolegliwości.

Najpierw delikatne pieczenie.

Kilka dni później swędzenie.

W końcu ból.

Przez dłuższy czas Barbara nie powiedziała o tym nikomu. Wstydziła się nawet przed samą sobą. W wieku sześćdziesięciu lat podobne problemy wydawały jej się szczególnie krępujące, niemal upokarzające.

Szukała rozsądnego wytłumaczenia.

Może alergia.

Może jakaś infekcja złapana kiedyś na basenie.

Może zwykły stan zapalny związany z wiekiem.

Jednak objawy zamiast ustępować, stawały się coraz bardziej dokuczliwe.

Przez kilka kolejnych nocy prawie nie spała, dręczona lękiem i myślami, których nie chciała dopuścić do świadomości. Wreszcie zebrała się na odwagę i umówiła wizytę w przychodni na możliwie najwcześniejszą godzinę, licząc, że nie spotka żadnej znajomej.

Jesienny poranek był zimny, mokry i zupełnie bezbarwny.

Przemoczone liście przyklejały się do butów, drobny deszcz wisiał w powietrzu niczym mgła, a Barbarą wstrząsał trudny do wytłumaczenia, niemal instynktowny strach.

W korytarzu poradni ginekologicznej siedziały młode ciężarne kobiety, dziewczyny w modnych kurtkach i elegancko ubrane pacjentki. Jedne śmiały się, inne rozmawiały przez telefon, jeszcze inne przeglądały wiadomości.

Pośród tego gwaru Barbara czuła się całkowicie nie na swoim miejscu.

Ściskała uszy starej torebki tak mocno, że pobielały jej palce, i niemal nie podnosiła wzroku.

Gdy pielęgniarka wreszcie wywołała jej nazwisko, nogi odmówiły jej posłuszeństwa.

W gabinecie unosił się zapach mocnej kawy i środka dezynfekującego.

Lekarz był mężczyzną około pięćdziesiątki, o zmęczonej, surowej twarzy. Początkowo prawie na Barbarę nie patrzył. Zadawał rzeczowe pytania i szybko notował odpowiedzi w dokumentacji.

Badanie nie trwało długo.

Potem pobrano materiał do analizy.

Pozostało czekanie.

Dwadzieścia minut ciągnęło się w nieskończoność.

Barbara siedziała przy oknie i obserwowała krople deszczu spływające po szybie. Nie potrafiła zatrzymać myśli. Pojawiały się jedna po drugiej, chaotyczne i coraz bardziej niepokojące.

„Byle tylko to nie było nic poważnego…”

Kiedy poproszono ją ponownie do gabinetu, lekarz nie wyglądał już obojętnie.

Przeglądał wyniki z wyraźnie zmarszczonym czołem i lekko stukał długopisem o blat.

— Proszę usiąść.

Barbara ostrożnie zajęła miejsce na brzegu krzesła.

Serce waliło jej tak mocno, że była pewna, iż słychać je na korytarzu.

— W badaniach wykryliśmy zakażenie — powiedział spokojnie lekarz.

— Jakie? — zapytała ledwie słyszalnie.

Przesunął w jej stronę kartkę.

Łacińskie określenia zaczęły rozmywać się przed oczami Barbary.

— To infekcja przenoszona drogą płciową.

Wszystko nagle ucichło.

Przez kilka sekund Barbara nie rozumiała, co właściwie usłyszała.

— Nie… — wyszeptała. — To musi być pomyłka.

Lekarz westchnął.

— Wyniki są wiarygodne.

— Ale to niemożliwe.

— Niestety nie.

Mówił spokojnym, zawodowym tonem, jakby informował o grypie.

Barbara poczuła, jak twarz zalewa jej gorąco.

— Panie doktorze… Jestem mężatką od trzydziestu pięciu lat.

— To nie zmienia wyniku badania.

— Nigdy nie byłam z nikim poza mężem…

Lekarz w końcu spojrzał na nią znad okularów.

— W takim razie pani mąż również powinien zostać przebadany i podjąć leczenie.

Barbara parsknęła nerwowym, niemal rozpaczliwym śmiechem.

— Chyba pan nie rozumie. Mój mąż jest sparaliżowany.

— Rozumiem.

— Od pół roku nie wstaje z łóżka. Jestem przy nim praktycznie przez całą dobę.

Zapadła długa, wyjątkowo nieprzyjemna cisza.

Lekarz odłożył długopis.

— Proszę mnie teraz bardzo uważnie posłuchać — powiedział już innym tonem. — Tego typu zakażenia nie przenoszą się przez zwykły kontakt domowy.

Barbara pobladła.

— Ale…

— Nie można zarazić się od wspólnych naczyń. Ani od ręcznika. Ani od deski sedesowej.

Każde kolejne zdanie spadało na nią jak kamień.

— Czyli… — głos jej zadrżał. — Czyli zaraził mnie mąż?

Lekarz nie odpowiedział.

Ale właśnie to milczenie było najstraszniejszą odpowiedzią.

Barbara wyszła z przychodni jak ogłuszona.

Deszcz padał teraz jeszcze mocniej.

Ludzie mijali ją pod parasolami, samochody rozpryskiwały brudną wodę spod kół, tramwaje przejeżdżały przez skrzyżowania. Miasto funkcjonowało jak każdego dnia, podczas gdy jej własny świat właśnie rozpadał się kawałek po kawałku.

Szła powoli, prawie nie patrząc pod nogi.

Nagle zaczęła przypominać sobie drobiazgi, które wcześniej uznawała za zupełnie nieistotne.

Obcy zapach perfum w sypialni.

Upór Marka, żeby wychodziła podczas masażu.

Zakłopotany uśmiech Natalii.

Zamknięte drzwi.

Ściszone głosy.

Śmiech.

I ta dziwna wściekłość męża za każdym razem, gdy wracała wcześniej, niż zapowiadała.

Teraz wszystkie elementy zaczynały układać się w przerażającą całość.

Przed wejściem do mieszkania Barbara przez dłuższą chwilę nie mogła trafić kluczem do zamka. Ręce drżały jej tak mocno, że musiała oprzeć dłoń o drzwi.

W środku panowała cisza.

Z sypialni dobiegał jedynie dźwięk telewizora.

Barbara weszła tam powoli.

Marek leżał dokładnie tak jak zawsze — przykryty ciepłym kocem, z pilotem w dłoni i nieruchomymi nogami.