Po chwili odezwał się:
— Odpoczywaj.
— Co?
— Odpoczywaj spokojnie. Ja z nią porozmawiam.
— Olku, nie powinieneś się teraz denerwować.
— Nie mogę przez cały czas udawać, że normalne jest to, iż moja matka uważa, że masz obowiązek ją utrzymywać.
Iwona zamknęła oczy.
Za oknem migały świerki.
Potem ukazała się polana.
Za nią znowu gęsty las.
— Dziękuję.
— Iwonko.
— Tak?
— Postąpiłaś właściwie.
Połączenie się zakończyło.
Iwona jeszcze przez kilka sekund trzymała telefon przy uchu.
W końcu opuściła rękę.
Igor zjadł już wafelek i przycisnął czoło do szyby.
Zosia wyjęła jedną słuchawkę.
— Tata?
— Tata.
— Nie zdenerwował się?
— Wszystko jest w porządku.
Zosia pokiwała głową i ponownie włączyła muzykę.
Wieczorem Iwona dostała wiadomość od Heleny.
Była bardzo krótka.
Nie było w niej ani jednego wykrzyknika.
W przypadku Heleny graniczyło to niemal z cudem.
„Aleksander powiedział mi, żebym przeznaczyła te pieniądze na jego leczenie. Powiedział też, żebym więcej nie wtrącała się w wasze życie. Nie uważam, żeby to było sprawiedliwe”.
Iwona przeczytała wiadomość dwa razy.
Nie odpisała.
Każdy człowiek miał własne wyobrażenie o sprawiedliwości.
Helena uważała, że więzy rodzinne automatycznie dają jej prawo do dysponowania cudzymi pieniędzmi.
Wystarczyło powiedzieć:
„Ja też chcę”.
A ktoś z rodziny powinien już znaleźć sposób, żeby za to zapłacić.
Tymczasem Iwona od ośmiu miesięcy pracowała po nocach.
Jeździła z Aleksandrem po szpitalach.
Płaciła za rehabilitację.
Liczyła każdą złotówkę.
Kupowała dzieciom tylko to, co naprawdę potrzebne.
Oszczędzała na sobie.
A marzyła wyłącznie o dziesięciu spokojnych dniach nad jeziorem, spędzonych z własnymi dziećmi.
Bez cudzych żądań.
Bez pouczeń.
Bez rozmów o tym, że znowu coś komuś zawdzięcza.
Pociąg kołysał się łagodnie.
Igor spał już na górnym łóżku, a jego ręka zwisała bezwładnie nad barierką.
Zosia zasnęła z książką na piersi.
Za oknem zapadła zupełna ciemność.
W szybie odbijało się wnętrze przedziału.

Przytłumione światło lampki.
Walizka stojąca obok drzwi.
I trzy bilety, starannie wsunięte do kieszeni na ścianie.
Trzy.
Nie cztery.
Iwona spojrzała na nie i po raz pierwszy nie poczuła najmniejszego wyrzutu sumienia.
Zgasiła światło.
Następnego ranka czekały na nich sosny.

Jezioro.
Plac zabaw.
Długie spacery.
Dziesięć dni, na które naprawdę zasłużyła.
A dwie walizki, z którymi Helena przyjechała na dworzec, pozostały dokładnie tam, gdzie tego dnia powinny pozostać.
Bo czasami odmowa finansowania cudzych pragnień nie jest okrucieństwem.
Czasami jest po prostu granicą, którą należało wyznaczyć już dawno.