Urodziła dziecko samotnie pośród jesiennego pola, w strugach lodowatego deszczu, i umarła, do ostatniego tchu ogrzewając synka własnym ciałem. Dopiero następnego dnia przypadkowi grzybiarze usłyszeli jego słaby płacz

Pozostał na oddziale noworodkowym w szpitalu powiatowym. Lekarze nie chcieli niczego obiecywać. Dziecko było skrajnie wychłodzone, odwodnione i bardzo słabe. Problemy z oddychaniem dodatkowo pogarszały jego stan.

Z cmentarza Paweł pojechał prosto do szpitala.

Pielęgniarka zaprowadziła go pod przeszkloną ścianę oddziału.

— Na razie nie może pan wejść. Proszę patrzeć stąd.

Po drugiej stronie, w przezroczystym inkubatorze, leżało maleńkie dziecko. Rączki miał zgięte przy ciele, dłonie zaciśnięte w drobne piąstki. Przy nosie biegła cienka rurka.

— To naprawdę mój syn? — zapytał Paweł.

— Tak.

— Jest podobny do Agnieszki?

Pielęgniarka przez chwilę mu się przyglądała.

— W pierwszych dniach życia wszystkie dzieci wydają się trochę do siebie podobne.

Paweł położył dłoń na chłodnej szybie.

— Synku, wytrzymaj. Już wróciłem. Teraz jestem przy tobie.

Dziecko nawet nie drgnęło.

Lekarz powiedział mu, że najbliższa doba będzie decydująca.

Paweł usiadł na ławce na korytarzu i został tam przez całą noc. Rano pielęgniarka przyniosła mu herbatę, później kromkę chleba z masłem. Dopiero pod wieczór z sali wyszedł lekarz.

— Udało nam się ustabilizować jego stan.

— Czyli przeżyje?

Lekarz pokręcił głową.

— Tego jeszcze nie powiem. Mogę powiedzieć tylko tyle: dzisiaj jest w lepszym stanie niż wczoraj.

Paweł skinął głową.

Na tę chwilę wystarczało mu właśnie tyle.

Po tygodniu chłopiec zaczął oddychać samodzielnie.

Dwa tygodnie później po raz pierwszy przybrał sto gramów.

Kiedy przyszło do wypełniania dokumentów, Paweł długo patrzył na pustą rubrykę z napisem „imię”.

Agnieszka marzyła, by syn nazywał się Jakub — po swoim ukochanym dziadku.

— Jakub — powiedział w końcu Paweł. — Proszę tak wpisać.

Etap czwarty. Ojciec, który bał się wziąć własne dziecko na ręce

Po syna Paweł przyjechał do szpitala razem z Marią.

Przez dłuższą chwilę nie miał odwagi go podnieść.

— Upuszczę go.

— Nie upuścisz — odpowiedziała spokojnie Maria. — Zegnij rękę. O, właśnie tak. A drugą dłonią podtrzymuj główkę.

Kuba ważył mniej niż niewielki worek mąki, lecz Paweł trzymał go z takim napięciem, jakby niósł cienkie szkło, które może rozsypać się od jednego nieostrożnego ruchu.

W domu wszystko przypominało Agnieszkę.

Przy ścianie stało przygotowane łóżeczko. Na poręczy wisiały czyste pieluszki. W szafie leżały maleńkie skarpetki, które zrobiła własnymi rękami. Na stole nadal znajdował się zeszyt, w którym zapisywała rzeczy potrzebne przed narodzinami dziecka.

Paweł usiadł i zaczął czytać.

„Mydło dla dziecka”.

„Kupić watę”.

„Potrzebna butelka”.

„Przypomnieć Pawłowi, żeby naprawił okno”.

Ostatnie zdanie było podkreślone dwukrotnie.

Paweł ciężko opadł na taboret i zakrył twarz dłońmi.

Wtedy Kuba zaczął płakać.

Ojciec poderwał głowę, ale nie miał pojęcia, co robić. Wziął syna na ręce, chodził z nim po izbie, próbował podać mu butelkę. Chłopiec odwrócił twarz i rozpłakał się jeszcze głośniej.

Po mniej więcej dziesięciu minutach rozległo się pukanie.

Za drzwiami stała Maria.

— Słyszałam go jeszcze z drogi.

— Nie potrafię go uspokoić.

Maria rozwinęła pieluszkę.

— Bo jest mokry.

— Przecież zmieniałem mu ją godzinę temu.

— Niemowlę nie zna zegarka.

Pokazała Pawłowi, jak przewijać dziecko, jak podgrzać mleko i jak trzymać malucha po jedzeniu.

— Mario — powiedział cicho — ja sam sobie z tym nie poradzę.

Spojrzała na niego stanowczo.

— Ale przecież nie jesteś sam.

Od tego dnia Maria i Stanisław przychodzili codziennie.

Etap piąty. Cała wieś pomogła mu dorosnąć

Kubę wychowywała właściwie cała okolica.

Helena Majewska zaglądała co tydzień, żeby zbadać chłopca. Nauczycielka Teresa przynosiła ubranka, z których wyrósł jej wnuk. Sąsiadka Barbara dzieliła się kozim mlekiem. Sołtys pomógł Pawłowi znaleźć pracę na miejscu, dzięki czemu nie musiał już wyjeżdżać na wiele tygodni.

Zarabiał znacznie mniej.

Za to każdego wieczoru był w domu.

Z czasem nauczył się prać pieluszki, gotować kaszkę i kołysać syna, nucąc wciąż tę samą melodię. Agnieszka często śpiewała ją jeszcze przed narodzinami dziecka.

Kuba budził się po kilka razy każdej nocy.

Czasami Paweł brał go na ręce, wychodził przed dom i spoglądał w ciemne niebo.

— Tam jest twoja mama — mówił, pokazując gwiazdy. — Widzisz tę najjaśniejszą? To ona.

Kuba oczywiście nic z tego nie rozumiał. Zaciskał jedynie paluszki na koszuli ojca.

Kiedy skończył rok, Stanisław przyniósł mu drewniany samochodzik, który sam wystrugał.

— Masz, chrześniaku.

Paweł uniósł brwi.

— Przecież jeszcze go nawet nie ochrzciliśmy.

— To najwyższa pora.

Paweł spojrzał na starszego mężczyznę.

— Chce pan zostać jego ojcem chrzestnym?

— Byłem jednym z pierwszych, którzy trzymali go na rękach. Chyba sobie zasłużyłem.

Matką chrzestną została Maria.

Po uroczystości wszyscy poszli na cmentarz.

Paweł postawił małego Kubę przy grobie Agnieszki. Chłopiec niepewnie trzymał się na nogach, więc chwycił za krawędź nagrobka.

— Tutaj jest twoja mama — powiedział ojciec.

Kuba dotknął dłonią fotografii młodej kobiety i nagle się uśmiechnął.

Paweł odwrócił twarz, żeby nikt nie zobaczył jego łez.