Tym razem to Zofia przejęła prowadzenie. Położyła dłoń z tyłu jego głowy, niemal czule, lecz palcami pewnie wyczuła puls. Szybki i napięty, przypominający sznur ukryty pod skórą. Nie ścisnęła go. Po prostu trwała przy nim i słuchała.
Teraz słyszała jego serce.
Teraz ona liczyła uderzenia.
— Źle się czujesz? — spytała, a jej głos zabrzmiał ciszej, niż zamierzała.
Był to głos panny młodej. Ten sam, którym poprzedniego dnia powiedziała „tak”.
Marek próbował coś odpowiedzieć, ale z jego gardła wydobył się jedynie chrapliwy, wilgotny odgłos. Zachwiał się mocniej. Zofia przejęła ciężar jego ciała i obróciła go spokojnie tak, aby twarz znalazła się poza zasięgiem wzroku gości. Teraz nikt nie mógł zobaczyć, co się z nim dzieje. Nikt poza nią — opanowaną, cichą, z lekkim uśmiechem i oczami, w których światło żyrandola wyglądało jak roztrzaskane szkło.
Michał wciąż czekał przy wejściu. Nie ruszył się i nie próbował ingerować. Patrzył na mężczyznę, który od dawna powinien był upaść, a teraz wreszcie tracił siły, jak drzewo podcięte wiele lat wcześniej.
Marek poruszył ustami niemal bezgłośnie.
— Wiedziałaś?
Zofia nie odpowiedziała od razu. Czekała, aż jego źrenice zaczną się rozszerzać i powoli pochłaniać kolor oczu. Dopiero wtedy pochyliła się do jego ucha.
— Nie wiedziałam — wyszeptała. — Poczułam. Tak jak wtedy na torze. Kiedy samochód nie chciał się zatrzymać. Kiedy hamulce… przestały działać.
Jej słowa zawisły między nimi lekkie i zimne jak popiół. Marek drgnął. Niewiele — bardziej zareagowało jego ciało niż wola. Ramiona opadły, a dłonie ześlizgnęły się z talii Zofii. Na białej satynie zostały mokre ślady jego palców.
Muzyka zmieniła ton. Teraz grała powolna, przeciągła melodia, w której niskie struny brzmiały jak oddech ziemi przed deszczem. Goście nadal tańczyli, śmiali się i nagrywali wszystko telefonami, niczego nie zauważając. Ojciec Zofii, siedzący na czele stołu, uniósł w ich stronę kieliszek. Wykonał szeroki, zadowolony gest człowieka pijanego własnym szczęściem.
Nie widział.
Nigdy niczego nie widział.
Zofia ostrożnie się odsunęła. Marek zachwiał się, ale jeszcze utrzymał się na nogach, podtrzymywany resztką uporu i ostatnim cieniem dawnej pewności siebie. Chwyciła go za łokieć i skierowała ku wyjściu z sali. Szła wolno, spokojnie, jakby podjęli zwyczajną decyzję, że na chwilę opuszczą przyjęcie. Nikt się nie zdziwił. Nikt nie przerwał rozmowy.
Kiedy mijali Michała, starzec spojrzał na tacę. Stał na niej jeszcze jeden pełny kieliszek — ten należący do Zofii, ledwie tknięty. Michał delikatnie przechylił tacę. Płyn zakołysał się, odbijając światło żyrandola. Przez krótką chwilę w bursztynowej tafli zamigotał cień, jakby wewnątrz zamarzło coś drobnego.
Za drzwiami korytarz był chłodniejszy i znacznie cichszy. Pachniał kwiatami z sali, starym dywanem oraz środkiem użytym do wypolerowania drewnianej posadzki. Marek oparł się plecami o ścianę. Jego twarz błyszczała nie tylko od potu. Wyglądała tak, jakby wilgoć wydobywała się z niego od środka, jakby ciało zaczynało rozpadać się pod skórą.
— Co mi zrobiłaś? — wydusił.
Zofia długo mu się przyglądała. W ten sposób patrzy się na obraz, który właśnie został ukończony, a teraz trzeba już tylko zdecydować, czy pozostawić go na ścianie, czy zniszczyć.
— Nic — odparła. — Po prostu zamieniłam kieliszki. Tak łatwo, jak cień zmienia położenie, kiedy słońce pada z drugiej strony.
Marek zamknął oczy. Oddychał coraz trudniej: szybko i płytko, jak ptak uwięziony w sidłach. Zofia nie poruszyła się. Czekała. Nie musiała już się spieszyć. Czas należał teraz do niej.
Za drzwiami wciąż trwało przyjęcie. Ktoś ponownie zawołał: „Gorzko!”. Chwilę później rozległ się trzask tłuczonego talerza.
Na szczęście.
W korytarzu zapadła cisza.
I w tej ciszy słychać było tylko jedno serce.
Biło miarowo.
Zofia stała nieruchomo, dopóki wąski korytarz nie zaczął przypominać wnętrza jej własnej piersi — ciasnego, długiego i kurczącego się przy każdym oddechu. Marek powoli osuwał się po ścianie, jak świeca, która pod wpływem własnego ciepła traci kształt. Kolana ugięły się pod nim, a materiał garnituru pomarszczył się i zwiotczał niczym stara skorupa, którą jego ciało miało wkrótce odrzucić.
Nie był to gwałtowny upadek.
Raczej powolne poddanie się temu, co sam rozpoczął.
Zofia usiadła obok niego. Spód jej sukni rozlał się po podłodze jak biała chmura, a jeden z brzegów dotknął jego buta. Tkanina zaszeleściła. W tym dźwięku było coś ostatecznego — niczym szelest przewracanej strony tuż przed zamknięciem książki na zawsze.
— Chciałeś, żebym zasnęła — powiedziała beznamiętnie. — Żebym zasnęła i już się nie obudziła. Tak jak on.
Marek z trudem uniósł powieki. Drżały jak mokre skrzydła motyla. Źrenice miał ogromne i ciemne, prawie martwe.
— Kochałem cię — wykrztusił. Jego głos zabrzmiał jak przemoczony papier rozrywany na kawałki. — Po nim… byłaś wolna.
Zofia przechyliła głowę. Patrzyła na niego tak, jakby widziała go po raz pierwszy. Nie pana młodego. Nie wybawcę. Nie człowieka, z którym miała planować przyszłość. Zobaczyła tego, który kiedyś uznał, że wolno mu odciąć cudze życie jak zbędny kawałek materiału.