Elżbieta nie była jednak naiwna. Jej przyjaciółka od ponad trzydziestu lat pracowała w poradni dziecięcej i nigdy nie wspominała o tak absurdalnej izolacji zdrowego noworodka od własnej babci.
Poprosiła więc, by mogła przynajmniej stanąć w drzwiach sypialni i spojrzeć na dziecko z daleka.
— Nie — odparł Marek bez chwili wahania.
Później, przy herbacie, mówił już niemal wyłącznie o przyszłości. Z entuzjazmem wyliczał, do jakiego przedszkola zapiszą syna, jakie zajęcia rozwojowe mu wybiorą, gdzie pójdzie do szkoły i jak zaplanują kolejne lata jego życia. Słowa płynęły szerokim strumieniem, jakby próbował nimi zagłuszyć wiszącą nad mieszkaniem ciszę.
Anna przez cały ten czas nie odezwała się ani razu.
Kiedy Elżbieta w końcu oznajmiła, że musi już iść, podeszła do córki, by się pożegnać. Wtedy wydarzyło się coś, co zmieniło wszystko.
Anna nagle ścisnęła jej dłoń.
Raz.
Potem drugi.
I trzeci.
Elżbieta natychmiast rozpoznała ten sygnał.
Był to ich sekretny znak z czasów dzieciństwa. Anna używała go wtedy, gdy bała się powiedzieć coś na głos.
„Mamo, dzieje się coś złego. Pomóż mi”.
W tej jednej chwili Elżbieta zrozumiała, że jej przeczucie nie było przesadą.
Opuściła mieszkanie spokojnie. Zeszła na półpiętro i odczekała kilka minut. Przez okno na klatce schodowej zobaczyła, jak Marek ponownie wychodzi na balkon z papierosem. Wtedy bezszelestnie wróciła pod drzwi. Ku jej zaskoczeniu nie były zamknięte na klucz.
W salonie cicho grał telewizor.
Anna nadal siedziała na kanapie z opuszczoną głową.
Elżbieta minęła ją na palcach, podeszła do sypialni i ostrożnie nacisnęła klamkę.
W pokoju paliła się tylko mała lampka nocna. W łóżeczku leżało niewielkie zawiniątko otulone jasnoniebieskim kocem. Z daleka mogło wyglądać jak śpiące dziecko.
Elżbieta podeszła bliżej.
Powoli uniosła materiał.
I wtedy zobaczyła prawdę.
W łóżeczku nie było niemowlęcia. Leżał tam ciasno zwinięty ręcznik frotte, starannie owinięty kocykiem. Na górze ktoś ułożył dziecięcą czapeczkę, a spod niej wystawał smoczek przypięty do łańcuszka. Całość przypominała teatralny rekwizyt, makabryczny żart albo dekorację przygotowaną przez kogoś pozbawionego sumienia.
Elżbieta od razu wiedziała, że nie chodziło o zabawę.
Wyprostowała się powoli. Poczuła, jak lodowate zimno przesuwa się od stóp ku piersi i zaciska wokół serca. Przez kilka sekund nie była w stanie wykonać najmniejszego ruchu.
Z salonu wciąż dobiegał monotonny głos telewizora. Przez szklane drzwi balkonowe widziała sylwetkę Marka. Palił spokojnie, wypuszczał dym w ciemne niebo i nie miał pojęcia, że za jego plecami tajemnica właśnie przestała być bezpieczna.
Elżbieta nie krzyknęła.
Ciężkie lata, śmierć męża i samotna walka o utrzymanie domu nauczyły ją jednej rzeczy: panika niszczy człowieka szybciej niż najgorsza prawda.
Wyjęła telefon, wyłączyła dźwięk i zrobiła kilka zdjęć oraz krótkie nagranie łóżeczka z różnych stron. Ujęła ręcznik, koc, czapeczkę i smoczek. Potem ostrożnie opuściła materiał, zamknęła drzwi i wróciła do salonu.
Anna nadal siedziała bez ruchu, jak nakręcana zabawka, której mechanizm właśnie się zatrzymał.
Elżbieta uklękła przed córką. Ujęła jej lodowate dłonie i spojrzała prosto w matowe oczy.
— Aniu, zajrzałam do łóżeczka. Nie ma tam dziecka. Jest tylko zwinięty ręcznik. Powiedz mi, gdzie jest mój wnuk.
Anna drgnęła gwałtownie, jakby przeszedł przez nią prąd. Jej usta zaczęły się trząść, lecz w oczach nadal nie pojawiły się łzy. Najpierw przestraszona spojrzała w stronę balkonu. Dopiero gdy upewniła się, że Marek ich nie słyszy, wyszeptała:
— Urodził się martwy, mamo. Sześć dni temu. Ja nic nie wiedziałam. Miałam cesarskie cięcie w pełnym znieczuleniu. Kiedy się obudziłam, było już po wszystkim. On nie oddychał. Lekarze powiedzieli, że umarł kilka godzin przed operacją. Niczego nie czułam, bo byłam pod narkozą. Gdy usłyszałam prawdę, miałam wrażenie, że razem z nim umarłam także ja. Wtedy Marek przejął wszystko.
Zaczerpnęła powietrza, ale głos wciąż miała ledwie słyszalny.
— Powiedział, że nikt nie może się dowiedzieć. Twierdził, że kupimy dziecko od kobiety, która ma rodzić za mniej więcej tydzień. Wszyscy uwierzą, bo naprawdę byłam w ciąży i naprawdę urodziłam. Zabrał mi telefon, zamknął mnie w mieszkaniu, a sąsiadom mówił, że mam ciężką depresję poporodową.
Elżbieta słuchała, a całe jej ciało drżało z wściekłości.
Nie miała wątpliwości, że córka mówi prawdę. Anna od dziecka nie potrafiła kłamać. Kiedy jako mała dziewczynka stłukła kubek, natychmiast czerwieniały jej uszy i wszystko było jasne, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć.
— A ciało? — zapytała Elżbieta niemal bezgłośnie. — Gdzie jest ciało mojego wnuka?
— W prosektorium — odparła Anna pustym tonem. — Marek powiedział, że załatwił dokumenty i podpisał, że nie odbierzemy dziecka. Mówił, że pochowamy je po cichu dopiero wtedy, gdy pojawi się drugie niemowlę. Zaplanował wszystko, mamo. Ma pieniądze, znajomości i kolegę, który pracuje jako patolog. Nazwał to „naprawieniem błędu natury”.
W tej samej chwili otworzyły się drzwi balkonowe.