— Naprawdę, jest bardzo stara — powtórzyłam ciszej.
Rozmowy wokół nas zaczęły stopniowo cichnąć.
Goście udawali, że zajmują się jedzeniem, napojami i dziećmi.
Wszyscy jednak patrzyli.
Robert szedł w naszym kierunku powoli.
Karolina nie odstępowała go na krok.
— Magda — przywitał mnie z wymuszonym uśmiechem.
Następnie przeniósł wzrok na stojącego obok Damiana.
— A to kto?
Rozmowy niemal całkowicie ucichły.
Damian spokojnie wystąpił pół kroku naprzód.
— Damian. Partner Magdy.
Słowo „partner” zawisło w powietrzu pomiędzy rozgrzanymi płytami tarasu a bezchmurnym niebem.
Robert przez kilka sekund patrzył na niego z niedowierzaniem.
Potem wybuchnął śmiechem.
— On? Poważnie?
Kilka osób odwróciło się w naszą stronę już bez udawania.
— Damian. Partner Magdy — powtórzył Robert, jakby smakował absurd każdego słowa.
Wskazał najpierw na niego, później na mnie.
— To ma być twój facet?
Poczułam gorąco zalewające twarz, szyję i dekolt.
Karolina opuściła wzrok na kieliszek, lecz kąciki jej ust zdradzały uśmiech, którego nawet specjalnie nie próbowała ukryć.
Robert roześmiał się jeszcze głośniej.
— Daj spokój, Magda. Przecież od razu widać, że mu zapłaciłaś, żeby tu z tobą przyszedł.
Nad ogrodem zapadła cisza.
— To aż nazbyt oczywiste, że go wynajęłaś.
Nie była to cisza całkowita.
W basenie plusnęła woda.
W czyjejś szklance zadźwięczały kostki lodu.
Z dalszej części ogrodu dobiegł śmiech małych dzieci.
Dorośli jednak nie powiedzieli ani słowa.
Czułam na sobie spojrzenia z każdej strony.
Na twarzy.
Na starej niebieskiej sukience.
Na biodrach.
Na dłoniach, dla których nagle nie potrafiłam znaleźć miejsca.
Palce same wysunęły mi się z uścisku Damiana.
— Przepraszam — szepnęłam tak cicho, że ledwie sama siebie usłyszałam.
Nie miałam pojęcia, kogo właściwie przepraszałam.
Damian natychmiast ponownie chwycił mnie za rękę.
Tym razem mocniej.
— Proszę nie przepraszać.
Uśmiech Roberta zmienił się w szyderczy grymas.
— Trzymanie za rękę jest wliczone w cenę czy za to dopłaca się osobno?
Nadal nie wiedziałam, komu przed chwilą próbowałam się tłumaczyć.
Helena zesztywniała.
Mój najstarszy syn stał kilka metrów dalej, z ręcznikiem zarzuconym na ramiona, i patrzył na ojca bez słowa.
Damian powoli odwrócił się do Roberta.
Odezwał się tak spokojnie, że jego opanowanie zabrzmiało ostrzej niż krzyk.
— A publiczne upokarzanie matki własnych dzieci, na ich oczach, jest częścią pakietu byłego męża? Czy robi pan to bezpłatnie?
Ktoś gwałtownie wciągnął powietrze.
Twarz Roberta zastygła.
Przełknął ślinę, lecz odpowiedź nie nadchodziła.
— Czy może jednak wystawia pan za to rachunek? — dodał Damian.
Robert zacisnął szczękę.
— To był tylko żart.
Damian skinął głową.
— Ma pan bardzo osobliwe poczucie humoru.
Cisza po tych słowach okazała się cięższa od najgłośniejszej awantury.
Po chwili przyjęcie ruszyło dalej.
Muzyka znów popłynęła z głośników.
Dzieci pobiegły w stronę trampoliny przy basenie.
Ktoś zapytał, czy karkówka jest już gotowa.
Zaczęto podawać talerze.
Na podłogę rozlała się oranżada.
Siostra Heleny znów narzekała na komary.
Wszystko wyglądało prawie tak samo jak przedtem.
A jednak nic nie było już takie samo.
— Przecież tylko żartowałem — powtórzył Robert, bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Od tego momentu obserwował Damiana niemal bez przerwy.
Początkowo sądziłam, że czeka, aż mój towarzysz popełni błąd.
Aż użyje niewłaściwego imienia.
Aż zapomni, co ustaliliśmy.
Aż ujawni, że cała historia o naszym związku jest jedynie przedstawieniem.
Damian nie dał mu żadnej okazji.
Pomógł mojej córce przebić słomką kartonik z sokiem.
Rozmawiał z bliźniakami o piłce nożnej i słuchał ich z takim zainteresowaniem, jakby naprawdę chciał wiedzieć, który klub powinien zmienić trenera.
Pochwalił Helenę za zadbany ogród.
Kiedy starszej ciotce wypadła serwetka, podniósł ją, zanim zdążyła schylić się sama.
Nie robił niczego na pokaz.
Nie próbował zwracać na siebie uwagi.
Właśnie dlatego sprawiał wrażenie człowieka, który naprawdę do nas pasuje.
Robert nie potrafił przestać go obserwować.
Karolina szybko zauważyła, że jego wzrok wciąż wraca w stronę Damiana.
Najpierw przysunęła się do Roberta jeszcze bliżej.
Śmiała się głośniej niż wcześniej.
Za każdym razem, kiedy Damian coś do mnie mówił, dotykała ramienia Roberta, jakby chciała przypomnieć mu i sobie, że to właśnie przy niej powinien stać.
Z czasem jej śmiech stawał się coraz bardziej wymuszony.
Dostrzegłam to tylko dlatego, że ze wszystkich sił unikałam spoglądania na byłego męża.
Próbowałam też nie zauważać, jak często poprawiam sukienkę.
Wygładzić materiał.
Wciągnąć brzuch.
Skrzyżować ręce.
Odsunąć się na bok.
Zająć czymś dłonie.
Być potrzebną.
To właśnie robiłam przez całe popołudnie.
Przyniosłam z kuchni paczkę papierowych talerzy.
— Przepraszam, mogę przejść?
Ułożyłam je na stole z przesadną dokładnością, jakby od tego zależało moje prawo do obecności na przyjęciu.
Kilka minut później ktoś rozlał oranżadę na tarasie.
Natychmiast chwyciłam ścierkę.
— Przepraszam, już sprzątam.