Na urodzinach jednego z biznesowych partnerów Maksyma zebrało się około trzydziestu osób. Była elegancka restauracja, butelki szampana kosztujące po półtora tysiąca złotych, długi stół i rozmowy o firmach, inwestycjach, kontraktach oraz kolejnych przedsięwzięciach.
W pewnym momencie Maksym głośno się roześmiał i postanowił podzielić się kolejną „zabawną” historią:
— Wyobraźcie sobie, że Zosia ostatnio próbowała doradzać mi w sprawach firmy! Pyta: „Maksym, sprawdzałeś reputację tego wykonawcy?”. Nauczycielka matematyki tłumaczy mi, jak prowadzić przedsiębiorstwo budowlane!
Przy stole znów rozległ się śmiech.
Ktoś nawet poklepał Maksyma po ramieniu, jakby chciał dodatkowo pochwalić jego dowcip.
Zofia siedziała nieruchomo, a zaciśnięte dłonie ukryła pod stołem. Wpatrywała się w talerz i nie podnosiła głowy.
Ten wieczór wydawał się nie mieć końca.
Po powrocie zamknęła się w łazience i długo płakała, przyciskając ręcznik do ust, żeby Maksym przypadkiem jej nie usłyszał.
Potem obmyła twarz zimną wodą i położyła się spać.
Następnego ranka przygotowała mu śniadanie, pocałowała go przed wyjściem i życzyła mu dobrego dnia.
Wciąż kurczowo trzymała się wspomnień.
Tego Maksyma, którego znała z pierwszego roku ich związku.
Uważnego.
Czułego.
Pełnego szacunku.
Wierzyła, że jeśli będzie wystarczająco cierpliwa, wyrozumiała i kochająca, zdoła odzyskać dawnego mężczyznę.
Prawdę odkryła zupełnie przypadkiem.
Był zwyczajny wtorkowy wieczór. Zofia siedziała w kuchni i sprawdzała zeszyty. Maksym znajdował się w salonie, pracował przy laptopie i rozmawiał przez telefon z jednym z klientów.
Kiedy skończył rozmowę, zawołał:
— Zosiu, przynieś mi telefon! Leży w sypialni, na stoliku nocnym!
Odłożyła długopis i poszła do sypialni.
Telefon rzeczywiście leżał tam, gdzie powiedział.
Ekran był odblokowany.
Wyświetlała się na nim rozmowa.
Imię: Karolina.
Zofia nie zamierzała czytać cudzych wiadomości. Naprawdę nie chciała.
Jej wzrok zatrzymał się jednak na ostatnim zdaniu:
„Tęsknię. Kiedy znowu się zobaczymy? Chcę cię mieć przy sobie”.
Niżej widniała odpowiedź Maksyma:
„Jutro wieczorem. Przyjedź o ósmej”.
Zofia znieruchomiała z telefonem w dłoniach.
Przez kilka sekund tylko patrzyła na ekran.
Potem przesunęła palcem wyżej.
Wiadomości były tak jednoznaczne, że nie pozostawiały żadnego miejsca na wątpliwości.
Korespondencja trwała od pięciu miesięcy.
Może nawet dłużej.
Spotkania.
Komplementy.
Obietnice.
Całe drugie życie, toczące się równolegle do ich małżeństwa.
Dłonie Zofii zaczęły drżeć.
Powoli opuściła sypialnię i wróciła do salonu.
Maksym siedział przed laptopem.
Wyciągnęła w jego stronę telefon.
— Kim jest ta kobieta? — zapytała cicho.
Maksym wziął aparat i spojrzał na ekran.
Na jego twarzy przez chwilę pojawiło się zakłopotanie.
Bardzo szybko ustąpiło jednak miejsca złości.
— Czy ty czytasz moje wiadomości? Oszalałaś? To moje prywatne życie!
— Kim. Jest. Ta. Kobieta? — powtórzyła Zofia, tym razem z dużo większą stanowczością.
— Nikim! Zwykłą znajomą! Znowu robisz problem z niczego!
— Maksym, ja wszystko widziałam. Nie kłam.
Mężczyzna gwałtownie podniósł się z kanapy i rzucił telefon na stół.
— I co teraz? Zrobisz awanturę? Zaczniesz płakać?
— Dlaczego? — Zofia poczuła, że w jej wnętrzu podnosi się coś gorącego, tłumionego przez wiele miesięcy. — Dlaczego mi to robisz?
— Bo jesteś nudna! — wybuchnął Maksym, nie próbując już nawet panować nad sobą. — Ty i ta twoja szkoła, te wszystkie zeszyty! Ciągle zmęczona, ciągle zajęta! Z tobą nie da się normalnie spędzać czasu! Wciąż tylko twoje rady i nauczycielskie mądrości!
— Pracuję! — Po raz pierwszy od dawna Zofia podniosła głos. — Staram się! Robię wszystko, żebyś miał dobrze! Gotuję, sprzątam, wspieram cię! A ty mnie zdradzasz i jeszcze masz czelność mnie obwiniać?!
— Mam cię dosyć! — Maksym podszedł bliżej, a jego twarz wykrzywiła się ze złości. — Mam dosyć udawania, że jesteś kimś ważnym! Nauczycielka zarabiająca dwadzieścia dwa i pół tysiąca! Mieszkasz w moim apartamencie, odpoczywasz za moje pieniądze, nosisz ubrania, za które ja płacę!
— Nigdy o nic cię nie prosiłam! — Zofii brakowało powietrza z bólu i gniewu. — Zawsze pracowałam, zawsze…
— Spakuj się — przerwał jej chłodno Maksym. — I wynoś się z mojego mieszkania.
Zofia zastygła.
Przez chwilę stała przed nim bez ruchu, jakby nie rozumiała znaczenia wypowiedzianych słów.
— Co?
— Dobrze słyszałaś. Spakuj rzeczy i odejdź. Nie chcę cię więcej widzieć.
Maksym jednak na tym nie poprzestał.
Słowa płynęły z jego ust jedno po drugim, a każde raniło bardziej niż poprzednie:
— Beze mnie jesteś nikim, rozumiesz? Za swoją pensję nawet nie wynajmiesz porządnego pokoju! Będziesz gnieździć się w jakiejś norze na obrzeżach! Takich jak ty są setki — szarych, nudnych nauczycielek! Znajdę sobie nową w tydzień!
Zofia milczała.
Czuła, jak w jej wnętrzu umiera coś niezwykle ważnego.
Nie była to już jednak miłość.
Umierało złudzenie.
Przekonanie, że ten człowiek kiedykolwiek był jej oparciem.
Jej rodziną.
Najbliższą osobą.
Maksym spojrzał na jej twarz i roześmiał się szyderczo.