Przez kilka sekund pomyślałam, że być może od początku oceniłam go niesprawiedliwie. Może moje podejrzenia były przesadzone. Przez tę krótką chwilę chciałam uwierzyć, że nasza znajomość może poprowadzić nas w znacznie piękniejsze miejsce, niż wcześniej zakładałam.
To wrażenie nie trwało jednak długo.
Chwilę później wszystko znowu zaczęło przypominać sprawdzian.
W każdym jego ruchu wyczuwałam niepewność. Za każdym razem, gdy mnie dotykał, miałam wrażenie, że bezgłośnie zadaje to samo pytanie:
„I jak? Było wystarczająco dobrze?”
Nie chodziło o to, że wszystko przebiegało spokojnie.
Problem polegał na tym, że nie było tam owej wielkiej iskry, o której opowiadał tak długo i z takim przekonaniem.
Nie było źle, ale nie wydarzyło się też nic niezapomnianego.
To, co przeżyliśmy, było po prostu zwyczajne.
Między historiami, które snuł, a rzeczywistością rozciągała się ogromna odległość.
Jego słowa były pełne rozmachu, natomiast chwila, której właśnie doświadczyliśmy, pozostawała zupełnie przeciętna.
I nagle pojawiła się we mnie dziwna myśl.
Nie potrafiłam poczuć jego.
Czułam wyłącznie wysiłek, który wkładał w to, by wypaść odpowiednio.
Czasami człowieka ogarnia bardzo osobliwe wrażenie.
Ktoś leży tuż obok, jest fizycznie blisko, a jednak część jego duszy stoi gdzieś z boku i obserwuje go jak obcego. Kontroluje każdy gest, ocenia każdą sekundę i nieustannie mierzy własny występ.
Po pewnym czasie Marek wstał, narzucił szlafrok i poszedł do kuchni.
Ja zostałam w łóżku. Wpatrywałam się w sufit i słuchałam odgłosu kieliszków lekko uderzających o siebie.
Po chwili wrócił z butelką wina i dwoma kieliszkami.
— No więc… — odezwał się, siadając obok mnie. — Nie jesteś rozczarowana, prawda?
To pytanie zgasiło we mnie ostatnią resztkę tego, co jeszcze próbowałam ocalić.
Nie dlatego, że noc była zła.
Chodziło o to, że on wciąż starał się dowieść czegoś niewidzialnemu jury.
Jakby przez cały wieczór nie był ze mną, lecz rywalizował z własną przeszłością.
— Było miło — odpowiedziałam spokojnie.
Skinął głową.
Po jego minie widziałam jednak, że sam nie uwierzył w moje słowa.
— Kiedyś, oczywiście… — zaczął ponownie.
— Marku… — przerwałam mu łagodnie.
Natychmiast umilkł.
— Możemy na chwilę odłożyć na bok to całe „kiedyś”?
Spojrzał na mnie ze szczerym zdziwieniem.
Na jego twarzy pojawiło się skupienie człowieka, który naprawdę próbuje zrozumieć, co właśnie usłyszał.
— Co masz na myśli?
— To bardzo proste — powiedziałam. — Istnieje też dzisiaj. Jest teraźniejszość. Życie nie składa się wyłącznie z tego, co minęło.
Zapadła cisza.
Marek nic nie odpowiedział.
Powoli opuścił głowę i skinął, jakby się zgadzał.
Właśnie wtedy z całą pewnością pojęłam, że choć leżeliśmy obok siebie, mieszkaliśmy w dwóch zupełnie różnych światach.
Ja próbowałam być obecna w dzisiejszym dniu.
On nadal tkwił we wczoraj.
Położył się z powrotem obok mnie.
Odwrócił się plecami.
Mniej więcej dziesięć minut później zapadł w głęboki sen.
Naprawdę potrzebował tylko dziesięciu minut.
Nie powiedział już ani słowa.
Ja pozostałam przytomna.
Słuchałam jego równego oddechu.
I zastanawiałam się, co tak naprawdę sprawiło, że ta noc stała się porażką.
Nie chodziło przecież o nieudaną kolację ani o coś szczególnie przykrego.
Sedno tkwiło w tym, że człowiek może tak mocno przywiązać się do własnej przeszłości, iż teraźniejszość staje się dla niego jedynie dekoracją.
Rano wyglądał na wyjątkowo wypoczętego.
Sam zaparzył kawę.
Postawił filiżanki na stole, podszedł do mnie i lekko pocałował mnie w skroń.
— Od dawna nie spałem tak dobrze — powiedział z uśmiechem.
Odwzajemniłam uśmiech.
— Powtórzymy to? — zapytał, puszczając do mnie oko.
W tej jednej sekundzie poczułam odpowiedź z absolutną jasnością.
Nie.
Nie chciałam.
Nie dlatego, że Marek był złym człowiekiem.
Był uprzejmy.
Traktował mnie z szacunkiem.
Miał dobre intencje.
A jednak przy nim nie czułam się jak kobieta.
Czułam się raczej jak widz siedzący w teatralnej sali.
Przede mną występował aktor, który za wszelką cenę próbował raz jeszcze odegrać własną legendę.
— Zobaczymy — odpowiedziałam jedynie.
Skinął głową.
Spojrzał na mnie w taki sposób, jakby wszystko zrozumiał.
W głębi duszy miałam jednak silne przekonanie, że nie zrozumiał niczego.
Później napisał do mnie jeszcze kilka razy.
Jego wiadomości, jak zawsze, były grzeczne.
Nie nalegał i nie próbował narzucać się w sposób, który mógłby mnie zirytować.
Ja również odpowiadałam z taką samą uprzejmością.

Nigdy więcej się jednak nie spotkaliśmy.
A wiesz, co jest w tej historii najbardziej osobliwe?
Mimo upływu czasu nadal nie potrafię wskazać jednej, całkowicie jednoznacznej przyczyny.
Na papierze wszystko wyglądało normalnie.
Nie pokłóciliśmy się.
Żadne z nas nie zraniło drugiego.
Nie wydarzyła się też żadna wielka katastrofa ani spektakularne rozczarowanie.
A jednak brakowało czegoś niezwykle ważnego.

Samego życia.
Miałam wrażenie, że nie siedział przede mną prawdziwy człowiek, lecz postać, która od lat mieszkała wewnątrz opowieści powtarzanych przez samą siebie.
Być może właśnie na tym polegała istota całej sprawy.
Nie szukałam bohatera, który kiedyś przeżywał swoje wielkie dni.
Chciałam zwyczajnego, prawdziwego mężczyzny, który oddycha dzisiaj, śmieje się dzisiaj, popełnia błędy dzisiaj i potrafi być sobą bez ciągłego porównywania się z dawną wersją siebie.
Marek natomiast wciąż próbował udowodnić, że kiedyś był legendą.
I najwyraźniej wolał dawne oklaski od ciszy teraźniejszości.