Przy stole rozległ się wymuszony śmiech. Ludzie śmiali się nie dlatego, że było to zabawne, ale dlatego, że bali się nie przyklasnąć temu, kto płacił za bankiet. Upuściłem łyk wody.
— Dziękuję za propozycję, Dariuszu. Dokumenty są kluczowe. Jeśli nie trafiają na czas, cały biznes może stanąć w miejscu. — Złote słowa! — ucieszył się. — Widzisz, kumasz bazę! Dobra, jutro o dziewiątej rano meldujesz się w kadrach. Powiesz, że od dyrektora Dariusza. Zadzwonię, żeby dali ci przepustkę. Tylko ubierz się jakoś schludnie, co? Bo ochrona cię nie wpuści.
Ponownie zwrócił się do Aliny, tym razem głośno, tak, by każdy słyszał: — Widzisz, skarbie? Mówiłem, że mam dobre serce. Byłym trzeba pomagać. Takie przeznaczenie.
Wieczór toczył się dalej. Dariusz pił dużo, jego twarz nabrała purpurowego odcienia. Zaczął dyrygować obsługą, domagał się głośniejszej muzyki, próbował tańczyć. Alina siedziała z nieodgadnioną miną, udając, że mąż po prostu „odreagowuje stres”. O dziesiątej wieczorem przyniesiono rachunek. Dariusz niedbale chwycił etui, otworzył je i… nagle zamarł.
— Hej! Co to za liczby? — wrzasnął tak, że muzyka wydała się szeptem. — Chyba wam się zera pomyliły! Co my, kupiliśmy ten lokal na własność?
Do stołu natychmiast podszedł administrator. — Rachunek jest zgodny z cennikiem. Zamawiali Państwo kolekcjonerskie trunki i steki z najwyższej półki. — Żądam rabatu! — krzyczał Dariusz. — Jestem partnerem właścicieli tego budynku! Moja firma wozi wam beton! Jestem Dariusz Omelian! Wołaj dyrektora! — Dyrektora nie ma obecnie w lokalu — odparł uprzejmie pracownik. — To wołaj właściciela! Zaraz mu wyjaśnię, jak się rozmawia z poważnymi ludźmi!
Alina szarpała go za rękaw: — Darek, przestań, ludzie patrzą… — Milcz! — warknął na żonę. — Robią z nas idiotów! Nie zapłacę tego!
Westchnąłem. Spektakl stał się nużący. Podniosłem rękę. Do stołu natychmiast podszedł menedżer restauracji, który przez cały czas stał w cieniu przy barze. W dłoniach trzymał cienką, szarą teczkę.
— W czym problem, panowie? — zapytał lodowatym tonem. — Problem w waszej bezczelności! — wył Dariusz. — Żądam korporacyjnej zniżki dla „Bud-Epoki”! — Firma „Bud-Epoka” nie widnieje już na liście naszych partnerów — odpowiedział spokojnie menedżer. — A pańska karta korporacyjna została zablokowana godzinę temu na polecenie nowego właściciela. — Jakiego znowu właściciela? — Dariusz kompletnie się pogubił. — Co ty bredzisz?
Menedżer bez słowa położył szarą teczkę przede mną. Przy stole zapadła grobowa cisza. Otworzyłem folder i wyciągnąłem pióro.
— Antoni? — głos Aliny zadrżał. — Czy to… jakiś żart? — Dariuszu — nie patrzyłem na nią, wpatrywałem się w mojego „dobroczyńcę”. — Zapoznaj się z tym. To odpis z rejestru akcjonariuszy. Transakcja zakupu pakietu kontrolnego „Bud-Epoki” została sfinalizowana dzisiaj o godzinie osiemnastej.
Przesunąłem w jego stronę dokument. Chwycił kartkę, przebiegł po niej wzrokiem. Ręce zaczęły mu drżeć, jakby nagle przeszył go mróz.
— To niemożliwe… — wykrztusił. — Właścicielem jest holding „Alpha Group”… To ty? — Ja — odparłem krótko. — A teraz drugi dokument. Zarządzenie numer jeden.
Położyłem przed nim kolejną kartkę.
— W związku z restrukturyzacją oraz wykrytymi mankami w dziale logistyki, stanowisko dyrektora handlowego zostaje zlikwidowane. Jesteś zwolniony, Dariuszu. W trybie natychmiastowym. Bez odprawy.
Opadł na krzesło, jakby nagle uszło z niego całe powietrze.
— Antoś… — wymamrotał, a cała jego pewność siebie wyparowała. — Mam kredyt. Dom w budowie. Alina zaczęła remont… Co ty robisz? Przecież jesteśmy swoi! — Swoi? — uśmiechnąłem się gorzko. — Pół godziny temu proponowałeś „swojemu człowiekowi” wożenie papierków za jedzenie.
Alina nagle odzyskała wigor. Gwałtownie odsunęła się od męża, jakby bała się, że jego porażka jest zaraźliwa. Poprawiła włosy, wyprostowała plecy. Jej twarz zmieniła się w mgnieniu oka: zniknęła wyniosłość, a pojawiła się ta sama wyrachowana czułość, którą kiedyś brałem za miłość.
— Antoni — zaczęła miękkim, aksamitnym głosem. — Taki sukces! Zawsze wiedziałam, że to osiągniesz! Czułam w tobie ten potencjał!
Wyciągnęła dłoń w moją stronę, zupełnie ignorując męża.
— Pamiętasz, jak nam było dobrze? Wtedy, gdy odeszłam… po prostu się pogubiłam. Byłam tylko głupią dziewczyną. A ten… — skinęła z pogardą na Dariusza. — On tylko udawał kogoś ważnego. Ale kochałam tylko ciebie. Może powinniśmy… porozmawiać? Sam na sam?
Patrzyłem na nią i czułem jedynie dojmującą pustkę. Żadnej złości, żadnego żalu. Tylko niesmak, jak przy widoku plamy na idealnie czystym obrusie.
— Nie ma o czym, Alu.
Wstałem od stołu.
— Dariuszu, propozycja pracy pozostaje aktualna. Naprawdę potrzebujemy kurierów. Pensję sam określiłeś, została już zatwierdzona w budżecie. Kurtkę dostaniesz w magazynie. Czekam jutro o dziewiątej.
Pochyliłem się nad nim i dodałem ciszej: — I tak, pierwsza dostawa ma trafić prosto do mojego gabinetu. Przywieziesz kluczyki do służbowego samochodu. Osobiście.
Skinąłem menedżerowi: — Panie Wiktorze, proszę dopilnować, by rachunek został uregulowany w całości. Jeśli gościom zabraknie gotówki — niech zostawią zegarki, biżuterię albo idą na zmywak. Żadnych wyjątków. — Oczywiście, panie Antoni.
Odwróciłem się i ruszyłem do wyjścia. Na plecach czułem wzrok kolegów — mieszankę strachu i podziwu. Słyszałem jeszcze, jak Alina zaczęła wykrzykiwać w stronę męża: „Ty idioto, wszystko zniszczyłeś!”, i jak Dariusz żałośnie próbował się bronić.
Na zewnątrz było rześko. Deszcz ustał, a powietrze pachniało mokrym asfaltem. Pod schody bezszelestnie podjechał mój sedan. Kierowca otworzył drzwi.
— Do domu, panie Antoni? — Do domu.
Usiadłem na tylnym siedzeniu i zamknąłem oczy. Tego dnia nie tylko kupiłem firmę. Dzisiaj w końcu sprzedałem swoją przeszłość. A cena, którą za nią zapłaciłem, w pełni mnie usatysfakcjonowała.