Antoni nieśmiało wyciągnął rękę, delikatnie go wyjął i od razu się cofnął.
— Wybacz… Nie powinienem był cię dotykać…
Zofia ujęła jednak jego dłoń w swoje ręce.
— Nie przepraszaj — powiedziała łagodnie. — Przez całe życie nikt nie traktował mnie z taką delikatnością jak ty.
Spojrzeli sobie w oczy.
Tym razem nie było w nich lęku.
Nie było poniżenia.
Nie było też wstydu.
Było tylko dwoje ludzi, którzy po raz pierwszy naprawdę się dostrzegli.
Następnego dnia Zofia przyniosła do ogrodu świeże jabłka i gruszki.
Usiedli obok siebie, podzielili się chlebem i owocami. Długo rozmawiali, śmiali się i odkrywali spokój płynący nawet ze wspólnego milczenia. Jakby dwie zagubione od lat dusze wreszcie trafiły na siebie.
Z jednego z okien na wyższym piętrze obserwowała ich jednak młoda służąca.
To, co zobaczyła, wystarczyło, by zrozumieć prawdę.
Córka króla zakochała się w mężczyźnie, którego otrzymała jako karę.
Wiadomość szybko znalazła się przed obliczem władcy.
Król niemal oszalał z gniewu.
— Dość! — ryknął tak donośnie, że jego głos zatrząsł murami zamku. — Natychmiast ich rozdzielić! Zamknąć dziewczynę w komnacie! Ogród ma być niedostępny! A tego niewolnika zabierzcie mi z oczu!
Rozkaz wykonano jeszcze tego samego dnia.
Zofię zamknięto w jej pokoju.
Siedziała przy oknie i płakała bezgłośnie, nie pokazując nikomu łez.
Obok bólu pojawiło się jednak nowe uczucie.
Po raz pierwszy miała miłość, o którą warto było walczyć.
Antoniego ponownie zakuto w ciężkie łańcuchy i wrzucono do lochu, do którego nie docierał nawet promień słońca.
Zimne żelazo raniło jego ciało.
Lecz myśl o rozłące z Zofią bolała znacznie bardziej niż kajdany.
Siódmego dnia Zofia potajemnie napisała krótki list.
„Myślę o tobie przy każdym oddechu. Jeżeli wciąż słyszysz mój głos w swoim sercu, pamiętaj: moje serce nadal bije razem z twoim. Cokolwiek się wydarzy, nie trać nadziei”.
Jedna z młodych służących ulitowała się nad nią.
Niepostrzeżenie ukryła wiadomość w bochenku chleba niesionym Antoniemu.
Kiedy znalazł list i przeczytał zapisane słowa, całe jego ciało zaczęło drżeć.
Po policzkach popłynęły mu łzy.
Nie były to jednak łzy rozpaczy, lecz odwagi, która właśnie odradzała się w jego wnętrzu.
Tej nocy, siedząc w mrocznej celi, po raz pierwszy pomyślał, że ucieczka może być możliwa. Od tej chwili miał tylko jeden cel: odnaleźć drogę prowadzącą z powrotem do Zofii.
Tymczasem król Kazimierz przygotował jeszcze okrutniejszy plan. Chciał raz na zawsze zakończyć całą sprawę. Postanowił wydać córkę za starego, lecz niezwykle wpływowego wojewodę. W jego oczach taki związek miał ocalić dobre imię dynastii i na zawsze zamknąć „haniebny” rozdział życia Zofii.
Kiedy usłyszała o tej decyzji, nie krzyczała i nie protestowała.
Stanęła spokojnie przed lustrem.
Długo patrzyła na swoje odbicie.
Potem powiedziała głosem cichszym od szeptu:
— A więc nadszedł czas…
Tej nocy w wielkich salach zamku trwała uczta. Możni wznosili złote puchary, muzycy grali, a rozbawieni goście rozmawiali, nieświadomi nadciągającej burzy.
Zofia włożyła prostą suknię służącej, zasłoniła włosy chustą i przemknęła niezauważona przez kuchenne korytarze. Starymi podziemnymi przejściami dotarła do lochów.
Antoni nie wierzył własnym oczom, gdy zobaczył ją przed sobą.
— Naprawdę… przyszłaś? — wyszeptał drżącym głosem.
Zofia bez chwili wahania objęła go.
— Chcą oddać mnie staremu mężczyźnie — powiedziała, łapiąc oddech. — Ale nigdy na to nie pozwolę.
Antoni delikatnie dotknął jej policzka jedną dłonią.
— Nie jesteś niczyją własnością, Zofio… Należysz wyłącznie do siebie. Jeżeli musisz uciekać, pójdę z tobą. Nigdy więcej nie zostawię cię samej.
Z pomocą wiernej służącej przeszli przez stare, zapomniane tunele i wydostali się do ogrodu za zamkiem.
Księżyc zalewał ścieżki srebrnym światłem.
Po raz pierwszy w życiu szli obok siebie, nie musząc ukrywać uczuć.
Wolnością nie cieszyli się jednak długo.
Zauważyli ich strażnicy.
Po chwili w całej warowni rozdzwoniły się dzwony alarmowe.
Król zerwał się z miejsca w furii.
— Sprowadźcie mi córkę! A tego niewolnika natychmiast zabić! — rozkazał.
Uciekali bez wytchnienia.
Przebiegli przez pola.
Przemierzali leśne trakty.
Pokonywali głębokie doliny i kamieniste ścieżki.
Mimo strachu czasami wybuchali śmiechem.
Pierwszy raz naprawdę byli wolni.
Pewnej nocy, gdy odpoczywali pod rozgwieżdżonym niebem, Zofia odezwała się cicho:
— Jeżeli mamy umrzeć… umrzyjmy razem.
Antoni stanowczo pokręcił głową.
— Nie. Nie umrzemy. Będziemy żyć. Bez względu na cenę będziemy żyć.
O świcie usłyszeli za sobą tętent końskich kopyt.
Do tego czasu zdążyli jednak zgubić trop.
Spali pod drzewami.
Żywili się leśnymi jagodami i korzeniami.
Pili wodę ze strumieni.
Kiedy stopy Zofii poraniły się o kamienie i zaczęły krwawić, Antoni bez wahania wziął ją na ręce i niósł przez wiele kilometrów.
Księżniczka wychowana pośród aksamitnych zasłon, złotych talerzy i przepychu teraz myła się w lodowatej wodzie rzek, spała na ziemi, a mimo to po raz pierwszy czuła, że naprawdę żyje.
