„Mam inną, młodszą i milszą od ciebie” — rzucił mąż, patrząc mi w oczy. „Pozew rozwodowy już złożyłem…”

— Dobry wieczór, ciociu Angeliko! To dla pani przekazali! — oznajmił z dumą.

— Kto? — zapytała drżącym głosem.

— Jakiś bezdomny — wzruszył ramionami chłopiec i już po chwili zbiegł po schodach.

Angelika wysypała wszystko na podłogę. Było tam dosłownie wszystko. Nic nie zginęło. Paszport także leżał między rzeczami.

Z ulgą schowała swoje skarby z powrotem, a męski bałagan znów zapakowała do torby. Potem nalała sobie gorącej herbaty i usiadła przy oknie.

Bardzo chciała podziękować człowiekowi, który oddał jej wszystko i nie zażądał niczego w zamian. Nazajutrz wypytała chłopca.

— Wania, nie wiesz, gdzie można znaleźć tego człowieka? No… tego bezdomnego?

— Mieszka za instytutem, w starej budce — odpowiedział radośnie.

Angelika nie zwlekała. Długo stała pod drzwiami, zanim w końcu zapukała.

Drzwi otworzyły się niemal od razu. Na progu stanął mężczyzna w starym, ale czystym ubraniu.

— Wejdź — powiedział ochryple.

W środku stała prycza, stół, a w kącie cicho trzaskała żeliwna koza.

— Napijesz się herbaty? — zapytał.

— Napiję się — odparła, nie chcąc go urazić odmową.

Wzięła od niego kubek i uważnie spojrzała mu w twarz.

— Chodziliśmy razem do szkoły… Ty… Maksym? — wyszeptała, czując, jak ściska ją w piersi.

— Tak, to ja — skinął głową, opuszczając wzrok. — Ten, na którego czekałaś. Ten, który zniknął.

Przez dłuższą chwilę siedzieli bez słowa i tylko słuchali, jak deszcz uderza o dach. Potem powiedział cicho:

— Wróciłem wtedy… Dowiedziałem się, że wyszłaś za mąż. Pomyślałem, że nie mam prawa ci przeszkadzać.

Angelika zamknęła oczy. Przemknęło przez nią wszystko naraz — ból, samotność i te wszystkie puste lata.

— Ty mi nie przeszkadzałeś — szepnęła. — Ciebie mi po prostu brakowało.

Za oknem gęstniał zmierzch. A w jej sercu po raz pierwszy od bardzo dawna zrobiło się jasno.