Z łomotem postawiła na kafelkach cztery ciężkie torby z supermarketu. Plastikowe uchwyty niemal wpiły się jej w palce, zostawiając czerwone, piekące ślady. Wiktoria odetchnęła głęboko, odgarnęła z czoła wilgotne pasmo włosów i nasłuchiwała. W mieszkaniu panowała dziwna cisza. Przerażająca cisza jak na dom, w którym od rana gościło dwoje energicznych emerytów i roczny jubilat. Spodziewała się brzęku naczyń — mama na pewno już robiłaby porządki w kuchni — albo niskiego głosu ojca opowiadającego wnukowi bajki o rybach, podczas gdy ten siedzi w kojcu.
+1
Zamiast tego z salonu dobiegały jedynie rytmiczne, głuche dźwięki uderzeń piłki i szum trybun — grał telewizor.
— Mamo? — zawołała Wiktoria już ciszej, czując narastający w środku chłód.
Zsunęła buty, nie dbając o to, by stały równo, i weszła do pokoju. Obraz, który ujrzała, był do mdłości zwyczajny i rozleniwiony. Na szerokiej beżowej sofie, z rozrzuconymi nogami, leżał Igor. Miał na sobie tylko sprane domowe boksery. Na jego owłosionej klatce piersiowej spoczywał pilot, a obok, na stoliku, wśród pustych paczek po chipsach, stała puszka piwa.
Igor leniwie odwrócił głowę, nie odrywając wzroku od ekranu, gdzie wirtualni piłkarze biegali po zielonej murawie.
— O, jesteś — mruknął, drapiąc się po brzuchu. — Wzięłaś piwo? Pisałem SMS-a.
Wiktoria zamarła w progu. Rozejrzała się po pokoju. Kojec z Tymkiem stał w rogu, dziecko spało, tuląc pluszowego misia. Ale w pokoju nie było śladu obecności jej rodziców. Ani swetra mamy, ani etui na okulary taty na szafce. Drzwi do pokoju gościnnego były uchylone, ziało z nich pustką.
— Igor, gdzie rodzice? — zapytała, starając się, by głos jej nie drżał. — Poszli na spacer? Po podróży? Tatę bolą plecy…
Mąż zatrzymał grę. Usiadł, przeciągnął się i pociągnął długi łyk piwa.
— Nie na spacer. Wyprowadzili się.
+1
Wiktoria mrugnęła. Sens tych słów docierał do niej powoli.
— Jak to się wyprowadzili? Przyjechali trzy godziny temu. Odebraliśmy ich z dworca, rozpakowaliśmy bagaże… Igor, co to za żarty?
+1
Skrzywił się, jakby go irytowała.
— Wiktoria, jakie żarty. Męczyli mnie. Twój stary zaczął mnie pouczać, jak naprawiać kran, choć go o to nie prosiłem. Twoja matka od razu weszła do lodówki, zaczęła przestawiać słoiki. Hałas, zamieszanie. Jestem zmęczony po tygodniu pracy, rozumiesz? Chcę leżeć i o niczym nie myśleć. A tu obcy ludzie chodzą i patrzą.
+1
Wiktoria poczuła, jak grunt usuwa jej się spod nóg. Pobiegła do pokoju gościnnego. Pusto. Nawet kapcie taty zniknęły. Na szafce leżała tylko kartka z cyframi. Wróciła do salonu, jej twarz płonęła.
— Co ty… co ty zrobiłeś? — szepnęła.
— Wezwałem im taksówkę — wyjaśnił spokojnie Igor, znów biorąc dżojstik. — Dałem adres. Jest tu niedaleko taki hotel, «Zacisze» czy coś. Tam im będzie lepiej. I nam spokojniej. Wieczorem przyjdą na herbatę, złożą życzenia małemu i wrócą do siebie. Wszyscy zadowoleni.
Wiktoria patrzyła na niego i nie poznawała. Przed nią siedziało stworzenie pozbawione empatii. Telefon w jej kieszeni zawibrował. Na ekranie: „Tata”. Odrzuciła, wiedząc, że zaraz wybuchnie płaczem. Zamiast tego wezbrała w niej czarna wściekłość.
— Jak mogłeś wyrzucić moich rodziców do hotelu?! Tylko dlatego, że chciałeś łazić w gaciach i pić piwo?! Igor, wystawiłeś starszych ludzi za drzwi, kiedy byłam w sklepie!
Igor nawet nie drgnął. Podgłośnił telewizor.
— Nie histeryzuj. Nikt ich nie wyrzucał. Grzecznie wyjaśniłem, że mamy ciasno. Że potrzebuję przestrzeni. To małe mieszkanie, upał, dziecko. Gdzie tu jeszcze dwoje emerytów? Zrozumieli. Nawet zapłaciłem za taksówkę, więc nie rób ze mnie potwora.
+1
— Zapłaciłeś za taksówkę… — powtórzyła, dławiąc się absurdem. — Zapłaciłeś, żeby pozbyć się mojego ojca z rwą kulszową i mamy, która wiozła ci twoje ulubione przetwory przez pół kraju? Wysłałeś ich do jakiejś nory?
— To hotel ekonomiczny — poprawił ją wyniośle. — I przestań krzyczeć, obudzisz Tymka. Przyniosłaś coś do jedzenia? Od rana jestem na chipsach.
Wiktoria patrzyła na jego obojętną twarz. W głowie miała tylko jedną myśl: on ich wymazał jak zbędny plik dla własnego komfortu. Igor westchnął ciężko, odłożył dżojstik, pokazując, jaką ofiarą jest dla niego ta rozmowa.
+1
— Wiktoria, przestań z tą dramą. Patrzysz na to jak kobieta — emocje, smarki. Patrz racjonalnie. Jak ja. Twój ojciec… dobry chłop, ale ciągle pociąga nosem. Co trzydzieści sekund. Słuchałem tego pół godziny i mało nie oszalałem. A twoja matka? Od progu pyta o kurz na szafie. Chce smażyć kotlety. Ja nie chcę kotletów! Chcę drapać się po jajkach w moim własnym domu! To moja twierdza. Nie będę siedział w koszuli i rozmawiał o pogodzie w ich mieście w mój wolny dzień.
+1
— Przyjechali raz w roku, Igor — powiedziała cicho. — Na urodziny wnuka. Nie mogłeś wytrzymać dwóch dni? Dla mnie?
— Po co wytrzymywać, skoro można nie wytrzymywać? — zdziwił się szczerze. — Zoptymalizowałem przestrzeń. Zobacz. — Pokazał jej telefon. — Hostel «Przytulny Kącik». Ranking 3.8, całkiem nieźle. Wziąłem im pokój dwuosobowy, nie łóżko w sali zbiorowej. Jestem hojny. Prysznic na korytarzu, ale to ludzie starej daty, przyzwyczajeni do trudów. Dałem im adres na kartce, żeby nie błądzili. Wszystko przemyślałem!
+1
Na ekranie widniało zdjęcie nędznej nory z zielonymi ścianami. To przypominało szpitalną salę, a nie miejsce dla gości.
— Wysłałeś moich rodziców do nory z rankingiem 3.8 — wyszeptała. — Mojego ojca, który podarował nam samochód. Moją mamę, która gotowała ci buliony, gdy chorowałeś.
+1
— Oj, nie licytujmy się. Samochód sprzedaliśmy, a buliony to była jej inicjatywa. Tu jest moje terytorium. Chcę pić piwo i nie słuchać chrapania za ścianą. To kwestia higieny psychicznej. Wyznaczyłem swoje granice.
Igor opadł na poduszki, dumny z siebie. Wiktoria poczuła, jak coś w niej pęka. To nie było zmęczenie, to była zgnilizna w jego duszy. — Zrozumiałam — powiedziała martwym głosem.
— No i świetnie. Wiedziałem, że ochłoniesz. Przynieś coś do jedzenia. Widziałem pudełko z tortem. Daj go tu w całości, odkroję sobie kawałek. Trzeba uczcić moją dyplomację.
+3
Znów włączył grę. Wiktoria poszła do kuchni. Tam panowała idealna czystość — mama zdążyła posprzątać. Na blacie stało pudełko z błękitną wstążką. Tort, który zamawiała miesiąc wcześniej. Wyjęła go. Trzy kilogramy biszkoptu z kremem, na górze cukrowy miś z napisem: „Dla kochanego wnuczka i synka”.
+1
— Wiktoria! — krzyknął Igor. — Gdzie ten tort? Przynieś też ostry nóż!
To była kropla, która przelała kielich. Wiktoria nie szukała noża. Wzięła tort obiema rękami i weszła do salonu. Jej kroki były bezszelestne. W środku czuła tylko zimną pewność, że musi usunąć ten nowotwór.
+1
Igor nawet nie usiadł.
— O, wreszcie. Postaw na brzuchu, zaraz skończę mecz i pokroję.
Jego twarz wyrażała absolutne, bydlęce zadowolenie. Wiktoria stanęła nad nim, zasłaniając światło. Igor spojrzał jej w oczy.
— Wiktoria, co ty taka smutna? Przejdzie ci jutro…
+3
— Jedz, Igor — powiedziała cicho.
— Co? Daj nóż…
— Jedz. Chciałeś komfortu. Chciałeś wszystkiego dla siebie. Proszę.
+1
W następnej sekundzie odwróciła tort. To nie był rzut z komedii. To był potężny, pełen siły ruch. Trzy kilogramy biszkoptu i kremu uderzyły w twarz Igora. Wiktoria nie tylko upuściła tort — ona z siłą wcisnęła go w jego fizjonomię, szyję i klatkę piersiową. Cukrowy miś pękł na jego nosie. Krem zakleił mu oczy i usta.
Igor szarpnął się, dławiąc się biszkoptem. Wydawał z siebie stłumione dźwięki, próbując zdjąć z siebie lepką masę. Wiktoria cofnęła się. Jej dłonie były w śmietanie, a na koszulce miała plamy z dżemu jak krew. Patrzyła, jak jej mąż wierci się na sofie, niszcząc obicie.
— Ty… ty wariatko! — wykrztusił w końcu, przecierając oczy. — Coś ty zrobiła?! Moje oczy! Piecze!
Wyglądał żałośnie. Wielki pan domu pod ruinami dziecięcego święta.
— Smacznego, Igor? — zapytała lodowato. — Wygodnie ci? Nikt nie przeszkadza?
+2
— Jesteś chora! — wrzasnął. — Ja ci… ja cię…
— Zamknij się — przerwała mu tak stanowczo, że zamilkł. — Jeśli mnie przerwiesz, wyleję na ciebie wrzący żurek z kuchni.
+1
Igor zamarł. Zobaczył w jej oczach stal. Wiktoria poszła do przedpokoju, wyjęła starą torbę sportową i rzuciła mu pod nogi.
— Masz pięć minut. Wynoś się. Tak jak stoisz. Możesz włożyć spodnie.
+3
— Co? Dokąd? — mrugał zaklejonymi rzęsami.
— Wyprowadzasz się. Teraz.
— Wiktoria, nie wygłupiaj się. Wyganiasz męża z jego domu? Jestem tu zameldowany!
+2
— To mieszkanie moich rodziców, Igor — przypomniała mu powoli. — Kupili je dla mnie. Możesz tu mieszkać, dopóki jesteś człowiekiem. Dzisiaj przestałeś nim być. Wysłałeś moich rodziców do nory, żebyś mógł drapać się po jajkach. Teraz następuje zmiana. Pakuj gacie i szczoteczkę. I idź pod ten adres, który dałeś mojemu ojcu.
+1
Igor zerwał się na nogi, sypiąc okruchami.
— Do tego hostelu?! Tam jest syf! Ja tam nie pójdę, mam chore plecy!
— A tata ma rwę kulszową — ucięła. — Taksówka już jedzie. Klasa ekonomiczna, tak jak lubisz.
+2
Zaczął nerwowo wrzucać rzeczy do torby.
— Pożałujesz! — krzyczał, wciągając dżinsy na lepkie od syropu nogi. — Wrócisz do mnie na kolanach! Kto cię zechce z dzieckiem? To ja przynosiłem pieniądze!
— Przynosiłeś pieniądze na piwo. A utrzymywali nas moi rodzice, przysyłając pieniądze, kiedy ty szukałeś siebie na kanapie.
+2
Chciał zabrać konsolę.
— Zostaw — jej głos był jak bicz. — To prezent dla Tymka. Nie ty go kupiłeś.
Igor rzucił kontrolerem o podłogę.
— To siedź tu z tymi staruchami! Znajdę sobie normalną babę!
Zapiął torbę. Krem na jego twarzy zasychał w skorupę. Chciał wziąć kluczyki do auta.
— Zostaw. Samochód też jest mój.
+3
Wyrzucił klucze i wybiegł z mieszkania, niemal taranując wieszak. Wcisnął nogi w buty bez wiązania.
— Pamiętasz adres? — zapytała Wiktoria. — Hostel «Przytulny Kącik». Może trafisz na łóżko w sali wieloosobowej. Poczuj smak wolności.
+1
— Suka! — rzucił i trzasnął drzwiami.
W mieszkaniu zapadła cisza. Czysta cisza. Wiktoria osunęła się na podłogę, ale nie płakała. Czuła tylko ogromną ulgę. Tymek obudził się w kojcu.
— Baka? — zapytał, pokazując paluszkiem na zniszczony tort.
— Tak, synku. Wielka baka sobie poszła. Teraz będzie czysto.
+2
Wyjęła telefon, wybrała numer ojca.
— Halo? — głos taty był smutny. — Wiktoria, córeczko… nie martw się, już się urządziliśmy. Jest… w porządku. Mama tylko trochę źle się poczuła…
+1
— Tato — przerwała mu, walcząc ze ściskiem w gardle. — Tato, bierzcie taksówkę. Natychmiast. Wracajcie do domu. — Córcia, nie chcemy przeszkadzać Igorowi…
— Igora już tu nie ma, tato. I nie będzie. Wyprowadził się właśnie do tego hostelu, więc zwolniło się miejsce.
+1
— Jak to? Pokłóciliście się przez nas?
— Nie przez was, tato. Po prostu wracajcie. Czekamy na was. A tort… tort kupimy nowy. Jeszcze lepszy.
+1
Odłożyła telefon i po raz pierwszy tego wieczoru się uśmiechnęła. Nieważne, że sofa jest zniszczona. Teraz wiedziała jedno: w jej domu nigdy więcej nie zabraknie miejsca dla tych, których kocha. A śmieci powinny leżeć na wysypisku. Albo w hostelu z rankingiem 3.8.
