Na ekranie widniało zdjęcie nędznej nory z zielonymi ścianami. To przypominało szpitalną salę, a nie miejsce dla gości.
— Wysłałeś moich rodziców do nory z rankingiem 3.8 — wyszeptała. — Mojego ojca, który podarował nam samochód. Moją mamę, która gotowała ci buliony, gdy chorowałeś.
+1
— Oj, nie licytujmy się. Samochód sprzedaliśmy, a buliony to była jej inicjatywa. Tu jest moje terytorium. Chcę pić piwo i nie słuchać chrapania za ścianą. To kwestia higieny psychicznej. Wyznaczyłem swoje granice.
Igor opadł na poduszki, dumny z siebie. Wiktoria poczuła, jak coś w niej pęka. To nie było zmęczenie, to była zgnilizna w jego duszy. — Zrozumiałam — powiedziała martwym głosem.
— No i świetnie. Wiedziałem, że ochłoniesz. Przynieś coś do jedzenia. Widziałem pudełko z tortem. Daj go tu w całości, odkroję sobie kawałek. Trzeba uczcić moją dyplomację.
+3
Znów włączył grę. Wiktoria poszła do kuchni. Tam panowała idealna czystość — mama zdążyła posprzątać. Na blacie stało pudełko z błękitną wstążką. Tort, który zamawiała miesiąc wcześniej. Wyjęła go. Trzy kilogramy biszkoptu z kremem, na górze cukrowy miś z napisem: „Dla kochanego wnuczka i synka”.
+1
— Wiktoria! — krzyknął Igor. — Gdzie ten tort? Przynieś też ostry nóż!
To była kropla, która przelała kielich. Wiktoria nie szukała noża. Wzięła tort obiema rękami i weszła do salonu. Jej kroki były bezszelestne. W środku czuła tylko zimną pewność, że musi usunąć ten nowotwór.
+1
Igor nawet nie usiadł.
— O, wreszcie. Postaw na brzuchu, zaraz skończę mecz i pokroję.
Jego twarz wyrażała absolutne, bydlęce zadowolenie. Wiktoria stanęła nad nim, zasłaniając światło. Igor spojrzał jej w oczy.
— Wiktoria, co ty taka smutna? Przejdzie ci jutro…
+3
— Jedz, Igor — powiedziała cicho.
— Co? Daj nóż…
— Jedz. Chciałeś komfortu. Chciałeś wszystkiego dla siebie. Proszę.
+1
W następnej sekundzie odwróciła tort. To nie był rzut z komedii. To był potężny, pełen siły ruch. Trzy kilogramy biszkoptu i kremu uderzyły w twarz Igora. Wiktoria nie tylko upuściła tort — ona z siłą wcisnęła go w jego fizjonomię, szyję i klatkę piersiową. Cukrowy miś pękł na jego nosie. Krem zakleił mu oczy i usta.
Igor szarpnął się, dławiąc się biszkoptem. Wydawał z siebie stłumione dźwięki, próbując zdjąć z siebie lepką masę. Wiktoria cofnęła się. Jej dłonie były w śmietanie, a na koszulce miała plamy z dżemu jak krew. Patrzyła, jak jej mąż wierci się na sofie, niszcząc obicie.
— Ty… ty wariatko! — wykrztusił w końcu, przecierając oczy. — Coś ty zrobiła?! Moje oczy! Piecze!
Wyglądał żałośnie. Wielki pan domu pod ruinami dziecięcego święta.
— Smacznego, Igor? — zapytała lodowato. — Wygodnie ci? Nikt nie przeszkadza?
+2
— Jesteś chora! — wrzasnął. — Ja ci… ja cię…
— Zamknij się — przerwała mu tak stanowczo, że zamilkł. — Jeśli mnie przerwiesz, wyleję na ciebie wrzący żurek z kuchni.
+1
Igor zamarł. Zobaczył w jej oczach stal. Wiktoria poszła do przedpokoju, wyjęła starą torbę sportową i rzuciła mu pod nogi.
— Masz pięć minut. Wynoś się. Tak jak stoisz. Możesz włożyć spodnie.
+3
— Co? Dokąd? — mrugał zaklejonymi rzęsami.
— Wyprowadzasz się. Teraz.
— Wiktoria, nie wygłupiaj się. Wyganiasz męża z jego domu? Jestem tu zameldowany!
+2
— To mieszkanie moich rodziców, Igor — przypomniała mu powoli. — Kupili je dla mnie. Możesz tu mieszkać, dopóki jesteś człowiekiem. Dzisiaj przestałeś nim być. Wysłałeś moich rodziców do nory, żebyś mógł drapać się po jajkach. Teraz następuje zmiana. Pakuj gacie i szczoteczkę. I idź pod ten adres, który dałeś mojemu ojcu.
+1
Igor zerwał się na nogi, sypiąc okruchami.
— Do tego hostelu?! Tam jest syf! Ja tam nie pójdę, mam chore plecy!
— A tata ma rwę kulszową — ucięła. — Taksówka już jedzie. Klasa ekonomiczna, tak jak lubisz.
+2
Zaczął nerwowo wrzucać rzeczy do torby.
— Pożałujesz! — krzyczał, wciągając dżinsy na lepkie od syropu nogi. — Wrócisz do mnie na kolanach! Kto cię zechce z dzieckiem? To ja przynosiłem pieniądze!
— Przynosiłeś pieniądze na piwo. A utrzymywali nas moi rodzice, przysyłając pieniądze, kiedy ty szukałeś siebie na kanapie.
+2
Chciał zabrać konsolę.
— Zostaw — jej głos był jak bicz. — To prezent dla Tymka. Nie ty go kupiłeś.
Igor rzucił kontrolerem o podłogę.
— To siedź tu z tymi staruchami! Znajdę sobie normalną babę!
Zapiął torbę. Krem na jego twarzy zasychał w skorupę. Chciał wziąć kluczyki do auta.
— Zostaw. Samochód też jest mój.
+3
Wyrzucił klucze i wybiegł z mieszkania, niemal taranując wieszak. Wcisnął nogi w buty bez wiązania.
— Pamiętasz adres? — zapytała Wiktoria. — Hostel «Przytulny Kącik». Może trafisz na łóżko w sali wieloosobowej. Poczuj smak wolności.
+1
— Suka! — rzucił i trzasnął drzwiami.
W mieszkaniu zapadła cisza. Czysta cisza. Wiktoria osunęła się na podłogę, ale nie płakała. Czuła tylko ogromną ulgę. Tymek obudził się w kojcu.
— Baka? — zapytał, pokazując paluszkiem na zniszczony tort.
— Tak, synku. Wielka baka sobie poszła. Teraz będzie czysto.
+2
Wyjęła telefon, wybrała numer ojca.
— Halo? — głos taty był smutny. — Wiktoria, córeczko… nie martw się, już się urządziliśmy. Jest… w porządku. Mama tylko trochę źle się poczuła…
+1
— Tato — przerwała mu, walcząc ze ściskiem w gardle. — Tato, bierzcie taksówkę. Natychmiast. Wracajcie do domu. — Córcia, nie chcemy przeszkadzać Igorowi…
— Igora już tu nie ma, tato. I nie będzie. Wyprowadził się właśnie do tego hostelu, więc zwolniło się miejsce.
+1
— Jak to? Pokłóciliście się przez nas?
— Nie przez was, tato. Po prostu wracajcie. Czekamy na was. A tort… tort kupimy nowy. Jeszcze lepszy.
+1
Odłożyła telefon i po raz pierwszy tego wieczoru się uśmiechnęła. Nieważne, że sofa jest zniszczona. Teraz wiedziała jedno: w jej domu nigdy więcej nie zabraknie miejsca dla tych, których kocha. A śmieci powinny leżeć na wysypisku. Albo w hostelu z rankingiem 3.8.