— Pani Grażyno — podniósł się Marek. Głos mu drżał, ale była w nim twardość. — Proszę się nie fatygować. Mama go zabierze. Mamo! — krzyknął w stronę balkonu, nawet nie patrząc na kobietę za szybą. — Zbieraj się. Odwiozę cię do domu. I tego „tygrysa” też weź, skoro tak ci na nim zależy.
— Grażka, ty wszystko źle zrozumiałaś! — wrzasnął Witold, dopiero teraz pojmując rozmiar katastrofy. — To pomyłka! Wpuść mnie!
— Pomyłką było to, że znosiłam cię przez trzydzieści lat — odpowiedziałam i przekręciłam klamkę zamka.

Drzwi się otworzyły. Witold i Jolanta dosłownie wpadli do pokoju, czerwoni albo od zimna, albo od wstydu, którego nie dało się już zmyć.
— Grażynko… — zaczął Witold, wyciągając do mnie rękę.
— Kartę zablokowałam minutę temu przez aplikację — przerwałam mu, patrząc prosto w nasadę jego nosa. — Niebieski notes spaliłam w popielniczce w kuchni. Walizkę spakuję jutro i wystawię przy śmietniku, obok pojemników. Sam sobie odbierzesz.
Goście w milczeniu, bez jednego słowa, zaczęli wstawać i odsuwać krzesła. Rozstąpili się, tworząc żywy korytarz hańby od balkonu aż do drzwi wejściowych.
Witold obejrzał się po pokoju. Nie miał gdzie szukać wsparcia. Nawet jego rodzona ciotka odwróciła głowę, udając, że poprawia brzeg obrusa.
Szli do wyjścia zgarbieni, przy dźwięku tłuczonego szkła — to Katarzyna z całej siły cisnęła o ścianę wazonem, który kiedyś dostała od teściowej. Odłamki rozprysły się po podłodze jak fajerwerki na cześć nowego życia.
Kiedy drzwi wejściowe zatrzasnęły się za nimi, w mieszkaniu nagle zrobiło się łatwiej oddychać. Jakby ktoś otworzył wszystkie okna i wypuścił na zewnątrz zapach starej pleśni.
Wróciłam na swoje miejsce u szczytu stołu. Poprawiłam fryzurę, która nadal trzymała się nienagannie. Nalałam sobie wina — pierwszy raz tego wieczoru nie dla toastu, nie dla gości, tylko dla siebie.

— No proszę — powiedziałam, patrząc na oszołomionych ludzi przy stole. — Śmieci same się wyniosły. Powietrze od razu czystsze, prawda? A teraz tańczymy. Włączcie muzykę głośniej, kochani.
Upiłam łyk. Wino było cierpkie, ale posmak miało zaskakująco słodki.
Zaczynam nowe życie. I nie będzie w nim już miejsca na cierpliwość.
Minęło sześć miesięcy. Mieszkanie stało się zupełnie inne: wyrzuciłam starą kanapę, na której Witold lubił się rozkładać, i przykleiłam w sypialni jasne, radosne tapety.
Rozwód załatwiliśmy szybko. Witold prawie się nie opierał — zbyt się wstydził pojawiać w sądzie, gdzie moje interesy reprezentowała córka. Działkę obroniliśmy i zapisaliśmy na wnuka.
Marek z matką właściwie nie utrzymuje kontaktu. Wysyła jej tylko suche życzenia z okazji świąt.
A ja… Ja nauczyłam się tańczyć tango. I wiecie co? Okazało się, że w tańcu wcale nie trzeba zawsze prowadzić. Najważniejsze to pewnie stać na nogach i dokładnie wiedzieć, dokąd chce się iść.