Mąż przyprowadził do naszego domu swojego kolegę, żeby u nas pomieszkał, ale bardzo szybko wyrzuciłam za próg ich obu i ani przez chwilę tego nie żałowałam

Piotr, on pali w toalecie! Kafelki już przeszły tym smrodem! — syczała Anna. — Wszystko śmierdzi!

Pogadam z nim! Człowiek ma stres…

W czwartek Anna wróciła wcześniej, bo bolała ją głowa. Gdy otworzyła drzwi, usłyszała rechot: w salonie przy stoliku siedzieli już we dwóch, obok Kostka jakiś podpity typ w czapce, na stole otwarta butelka wódki i jej ulubione kiszone ogórki.

O, Ania! Mój krajan przyszedł! No, spotkaliście się, to się spotkaliście! — krzyknął bez cienia zażenowania Kostek. — Siadaj z nami!

W skroniach Annie aż zapulsowało.

Konstanty — powiedziała cicho. — Za minutę nie ma tu być żadnych obcych ludzi. I proszę to wszystko natychmiast sprzątnąć.

Nieproszony gość zniknął, a Kostek nadął się obrażony.

No co taka zła? Posiedzieliśmy po ludzku…

Gdzie jest ta praca, której podobno szukasz? — zapytała Anna twardo.

Szukam, szukam… Kryzys jest, sama wiesz! Nie jestem pierwszy lepszy…

A specjalizację ma pan jaką? W wyjadaniu cudzych produktów?

A ty, babo, nie wymądrzaj się! Pietia jest moim przyjacielem, sam mnie zaprosił! Znaj swoje miejsce!

Anna wyszła tylko dlatego, że resztką sił jeszcze nad sobą panowała, ale kiedy wrócił Piotr, rozpętała się prawdziwa awantura.

Albo on jutro się wyprowadza, albo… — krzyczała Anna. — Ty go bronisz, a on wypił nam wódkę, sprowadza tu pijaków i jeszcze mnie obraża!

Piotr wyglądał na nieszczęśliwego.

Wytrzymaj jeszcze trochę… Poszukam mu czegoś, wyślę go na rozmowę…

Czyli można mieszkać na nasz koszt i jeszcze bezkarnie mnie poniżać? Gdzie on ma sumienie?

Ta jego „rana na duszy” żywiła się zawartością ich lodówki jeszcze cały tydzień. Kostek pracy nie szukał, za to codziennie wynajdywał nowy powód: a to autobus mu uciekł, a to głowa boli, a to „pensja uwłacza godności”.

Za to chętnie dawał życiowe nauki:

Pietia, ty jesteś pantoflarz! Żona kręci tobą, jak chce! Pensję ci zabiera, nigdzie cię nie puszcza… Kobietę trzeba krótko trzymać!

Anna wszystko słyszała i miała ochotę zniknąć.

Czara goryczy przelała się w niedzielę.

Anna od rana pucowała mieszkanie. Umyła podłogi, odkurzyła dywany, wyszorowała łazienkę, a potem przygotowała mięso po kupiecku, żeby sprawić mężowi przyjemność. Gdy wszystko było gotowe, zawołała do stołu.

Kostek już zdążył usiąść na honorowym miejscu, nałożył sobie najlepsze kawałki i nawet nie czekając na innych, zaczął jeść.

No, gospodyni, co tam dziś? Trochę mało soli, pieprzu też mogłoby być więcej!

Anna odłożyła widelec.

Nie smakuje — nie jedz.

Ależ my dumni! — roześmiał się Kostek. — Witia, powiedz żonie, niech się nauczy gotować! Trzeba umieć przyjmować konstruktywną krytykę…

Piotr schował wzrok w talerzu.

Kostek, jest pyszne… Anna świetnie gotuje.

No, no… Moja matka to dopiero robiła jedzenie! A tu tak sobie. A właśnie! Pietia, obiecałeś pożyczyć mi dwa tysiące hrywien na papierosy, pamiętasz…

Anna gwałtownie odsunęła widelec. Brzęk naczyń zabrzmiał jak strzał.

Piotr, ty dajesz mu pieniądze? Z naszego budżetu?

Piotr się zaczerwienił.

Tak tylko trochę… Odda, jak się zatrudni.

Nie zatrudni się. Jemu tak jest po prostu wygodnie.

Kostek przestał żuć.

Ty, babo, ty kogo nazwałaś głupcem? Ja jestem gościem! Mnie trzeba szanować!

Gościem jest ten, kogo zaproszono i kto umie się zachować. A ty jesteś pasożytem. Bezczelnym i bezwstydnym!

Pietia! — wydarł się Kostek. — Twoja żona mnie obraża! Zamknij ją wreszcie! Ty jesteś chłop czy baba?

Piotr milczał, kompletnie zagubiony.

Dosyć. Teraz zabierasz swoje rzeczy i wychodzisz — powiedziała Anna takim tonem, że aż zrobiło się zimno.

Poszła do „pokoju córki” i zaczęła szybko wrzucać rzeczy gościa do torby.

Ej! Co ty robisz?! — wpadł za nią Kostek.

Pakuję twoje manele. Masz piętnaście minut.

Pietia, powiedz jej coś! To też twoje mieszkanie!

Piotr stał w progu i nie wiedział, po czyjej stronie się opowiedzieć.

Piotr, wybieraj: albo wychodzi on, albo wychodzicie razem. Jeśli ten człowiek jest dla ciebie ważniejszy niż rodzina, to zbieraj się i idź z nim.

W pokoju zapadła lodowata cisza, słychać było tylko ciężki oddech Kostka. Piotr patrzył na żonę, jakby widział ją pierwszy raz — tak twardej i nieustępliwej jeszcze jej nie znał.

Ja… nie mogę go wyrzucić, Ania. To mój przyjaciel. On sobie nie poradzi…

To znaczy, że sam wybrałeś. Ja was nie zatrzymuję.

Anna spakowała też mężowi walizkę. Wystawiła rzeczy ich obu do przedpokoju. Otworzyła drzwi wejściowe i spojrzała im prosto w oczy.

To koniec.

Jeszcze pożałujesz! — wrzeszczał Kostek, wkładając buty. — A potem na kolanach będziesz prosić!

Wolę być sama niż żyć z pasożytem albo zdrajcą — odpowiedziała Anna cicho.

Kostek splunął, a Piotr wyszedł z urażoną miną.

Anna przekręciła klucz dwa razy, oparła się ramieniem o drzwi i usiadła na podłodze. Było cicho. Po raz pierwszy od bardzo dawna czysto, przytulnie, bez smrodu dymu, bez szczęku naczyń, bez ordynarnych słów.

Siedziała i słuchała, jak winda zwozi ich w dół. Dwadzieścia pięć lat życia i dwa tygodnie, które przekreśliły wszystko. Łzy paliły ją w policzki — jak on mógł tak ją zdradzić?

A jednak z każdą kolejną łzą robiło się jej jakby lżej. Jakby pękł wrzód — bolało, ale oczyszczało.

Anna poszła do kuchni i chłodnym spojrzeniem ogarnęła pusty stół. Otworzyła okno — mroźny wiatr wyniósł z mieszkania ostatnie resztki obcego odoru. Przez cały wieczór sprzątała, wyrzucała resztki mięsa, wódki i ogórków.

Następny tydzień minął jak we śnie: praca, samotna kolacja, cisza. Telefon milczał. Czwartego dnia zadzwonił Piotr.

Ania, wybacz… jak się trzymasz?

Dobrze — odpowiedziała.

My z Kostkiem wynajęliśmy kąt w komunale: sąsiedzi pijacy, karaluchy… Nie mogę tak, Ania, chcę wrócić! Już wszystko zrozumiałem: on jest darmozjadem, tylko jęczy, pieniędzy nie oddaje… Pomyliłem się. Wpuść mnie, kochanie…

Anna patrzyła przez okno: śnieg jak dawniej zasypywał podwórka.

Nie — powiedziała. — Nie będzie powrotu.

Dlaczego? Przecież wszystko zrozumiałem, wyrzuciłem go!

Ty wyszedłeś z nim, Piotrze. Zdrada nie ma biletu powrotnego. Żyj teraz z przyjacielem. Chcieliście zjeść razem pud soli? To jedzcie.

Rozłączyła się. W mieszkaniu było czysto i spokojnie. Anna zaparzyła sobie herbatę, ukroiła ciasta tylko dla siebie. Włączyła ulubiony stary film, otuliła się kocem. Pięćdziesiąt dwa lata. Całe życie jeszcze przed nią — bez grubiaństwa, bez upokorzeń, pośród ciszy i porządku.

Samotność już jej nie przerażała — stała się jej prawem i jej własnym światem.

Czasem prawdziwa wolność rodzi się właśnie z najboleśniejszego rozstania.