Mieszkamy pod jednym dachem jak uprzejmi obcy, a ja coraz bardziej usycham z tęsknoty za dotykiem i bliskością — powiedzcie, co zrobić, zanim między nami zapadnie nieodwracalna cisza?

Kiedy płaczę — robię coś „nie tak”.

Kiedy nic nie okazuję — on myśli, że wszystko jest dobrze.

Zaczęłam ostrożnie dobierać słowa. Coraz bardziej. Przestałam wracać do tematu. Nie zaczynałam rozmów o nas. W nocy nie przybliżałam się — żeby nie czuł presji.

On też się zmienił. Stał się bardziej uważny, ale w napięty sposób. Jakby odhaczał zadania. Przytulić — zaliczone. Pocałować — zaliczone. Zapytać „jak się czujesz?” — zaliczone.

Czasem łapałam jego spojrzenie. Niepewne. Oceniające. Jakby sprawdzał, czy jest wystarczający. Czy mnie nie zawiódł. Czy nie płaczę.

A ja sama nie wiedziałam, jaką mam mieć twarz.

Radosną? Spokojną? Wdzięczną?

Pewnego dnia powiedział:

– Mam wrażenie, że ciągle nie daję rady.

– Co masz na myśli?

– Ty chcesz więcej bliskości. Ja próbuję. A potem ty płaczesz. I ja czuję się… fatalnie.

Chciałam go uspokoić. Powiedzieć, że nie jest winny. Ale we mnie też coś już rosło.

– A ja czuję się jak problem – wyrwało mi się. – Jakby moje emocje były ciężarem.

Przetarł twarz dłonią.

– Ja po prostu nie umiem tego ogarnąć. Kiedy płaczesz, mam wrażenie, że cię skrzywdziłem.

– A ja mam wrażenie, że cię męczę.

Patrzyliśmy na siebie. Dwoje ludzi, którzy chcą właściwie tego samego — i oboje czują, że wszystko robią źle.

Nie ma zdrad.

Nie ma krzyków.

Nie ma wielkich dramatów.

Jest strach.

On boi się, że już nie jest wystarczający. Że zmęczenie i lata odebrały mu to, kim był. Boi się mojego rozczarowania.

Ja boję się, że jestem „za bardzo”. Za wrażliwa. Za potrzebująca. Za spragniona bliskości.

I oboje próbujemy się nie zranić — przez co oddalamy się jeszcze bardziej.

Czasem myślę: może on ma rację? Może bliskość powinna być lekka, bez łez? Może to ja przesadzam?

A potem czuję, że to właśnie jestem ja. Z tym wszystkim, co we mnie narosło przez lata ciszy.

Jeśli to też zacznę tłumić — co ze mnie zostanie?

Niedawno znów mnie objął w nocy. Delikatnie. Ostrożnie. Leżałam nieruchomo, sparaliżowana strachem, że znowu coś popsuję.

Chciałam się odwrócić. Przytulić go mocno. Powiedzieć: „Jestem tu. Nie oskarżam cię. Chcę tylko być przy tobie naprawdę żywa”.

Ale nie powiedziałam nic.

Bo nie wiedziałam, czy to znowu nie stanie się „tym wszystkim”.

Żyjemy dalej. Pracujemy. Rozmawiamy. Śmiejemy się z głupich rzeczy. Z zewnątrz wszystko wygląda normalnie.

Tylko między nami stoi niewidzialne pytanie: jak być blisko, żeby się nie ranić?

Nie ma tu winnych. On nie jest zimny. Ja nie jestem nienasycona.

Jesteśmy tylko dwojgiem ludzi, którzy zapomnieli, jak mówić o tym, co najbardziej delikatne — i boją się zniszczyć to, co jeszcze zostało.

Czasem wierzę, że czas to naprawi.

A czasem mam wrażenie, że właśnie on powoli zamienia wszystko w ciszę na zawsze.

Naprawdę nie wiem, co mam zrobić…