Minęło już sześć miesięcy, odkąd teściowa przestała się odzywać. I dopiero teraz, po tak długiej ciszy, padły z jej ust pierwsze słowa. To, co powiedziała, sprawiło, że synowa zamarła w bezruchu.
— Mamo, odezwij się chociaż na chwilę! — Antonina ściskała chłodną dłoń kobiety leżącej na szpitalnym łóżku. — Wiem, że mnie słyszysz. Lekarz zapewniał, że ze słuchem nie ma problemu.
Tatiana Fiodorowna wpatrywała się w sufit nieobecnym spojrzeniem i milczała. Od udaru minęło pół roku, a z jej ust nie wydobył się ani jeden wyraz. Czasem tylko poruszała powiekami, gdy Antonina czytała listy od wnuków mieszkających w Niemczech.
— Lida dziś dzwoniła — mówiła dalej Antonina, poprawiając koc. — Dasza chodzi już do przedszkola. Po niemiecku mówi sprawniej niż po naszemu. Wyobrażasz sobie?
Drzwi do sali otworzyły się z impetem. W wejściu stanęła Galina, najstarsza córka Tatiany Fiodorowny. Rozczochrane włosy, w dłoni torba wypełniona jedzeniem.
— Znowu tu rządzisz? — rzuciła zamiast powitania. — Myślisz, że nie wiem, co opowiadasz lekarzom? Że niby my, własne dzieci, zostawiliśmy matkę samą?
Antonina odpowiedziała jedynie ciężkim westchnieniem. Podobne sceny powtarzały się niemal co tydzień.
— Galu, przestań krzyczeć. Mamie szkodzi taki hałas.
— To moja matka! — Galina podeszła bliżej i odepchnęła synową. — Słyszysz, mamo? Przyszła twoja córka. Nie obca kobieta, która zajęła twoje mieszkanie.
Tatiana Fiodorowna poruszyła dłonią, jakby próbowała coś powiedzieć, lecz wydobył się z niej tylko cichy jęk.
— Widzisz, jak jej szkodzi twój ton? — Antonina zasłoniła chorą własnym ciałem. — Może wyjdziemy i porozmawiamy na korytarzu?
— A może to ty powinnaś stąd zniknąć? Mam dość twojego udawania! Myślisz, że nie rozumiem, czemu codziennie tu przychodzisz? Gryzie cię sumienie, prawda? Po tym, co stało się z Witkiem?
Antonina pobladła. O synu starano się nie wspominać przy chorej — lekarze ostrzegali, że każde wzburzenie może jej zaszkodzić.
— Galu, błagam…
— Nie błagaj, tylko słuchaj! — Galina wyjęła ze swojej torby słoik kompotu. — Mama zawsze go lubiła, domowy, z moreli. A nie tę szpitalną papkę, którą ją karmisz.
— Nie może kwaśnych rzeczy, dobrze o tym wiesz. Ma ścisłą dietę.
— Jasne, przecież ty wiesz wszystko najlepiej! — Galina ustawiła przyniesione produkty na stoliku. — Twarożek, gotowany kurczak, rosół w termosie. A ty co? Znów te twoje jogurty?
Antonina dostrzegła, że teściowa śledzi ruchy córki. W jej oczach pojawiło się coś na kształt dawnego blasku.
— Mamusiu, spróbujesz twarożku? — Galina usiadła przy łóżku. — Jak kiedyś, pamiętasz? Odsączałaś go na gazie, dodawałaś trochę cukru…
Tatiana Fiodorowna lekko skinęła głową.
— Widzisz? — Galina spojrzała triumfalnie. — Rozumie mnie! A nie twoje szpitalne zasady!
Antonina chciała zaprotestować, przypomnieć o zakazie, lecz powstrzymała się. Lekarze mówili, że czasem ciepło serca bywa ważniejsze niż medykamenty.
— Galeczka… — wyszeptała nagle chora.
Obie kobiety znieruchomiały.
— Mamo! — Galina ścisnęła jej dłoń. — Mówisz! Poznajesz mnie!
Tatiana Fiodorowna z wysiłkiem obróciła głowę:
— Gdzie… Witek?
W sali zapadła cisza. Galina spojrzała bezradnie na Antoninę.
— Mamo, on… jest w pracy, daleko — skłamała Antonina.
— Kłamiesz — wyszeptała teściowa niemal bezgłośnie. — Wiem… wszystko wiem…
Galina rozpłakała się:
— Mamusiu, nie wracaj do tego. Proszę.
— On… pił? — zapytała chora, patrząc na Antoninę.
— Tak — odpowiedziała cicho. — W ostatnich latach bardzo.
— Ty… wybaczyłaś?
Antonina przytaknęła, nie znajdując słów.
— To ja… też… wybaczę.
Tatiana Fiodorowna zamknęła oczy, a po jej policzkach spłynęły łzy.
— Mamo, nie płacz — szeptała Galina, głaszcząc jej rękę. — Wszystko się ułoży. Wyzdrowiejesz i zamieszkasz u mnie. Mam jasny pokój…
— Nie — chora przecząco poruszyła głową. — Do domu… chcę. Do Antoniny… do domu.
Galina drgnęła, jakby ktoś ją uderzył.
— Ale mamo, przecież jestem twoją córką!
— Ona… też… córka. Trzydzieści lat… przy mnie. A wy… tylko od święta.
— Pracowałyśmy! — tłumaczyła się Galina. — Mamy rodziny, dzieci!
— Ona… też miała… syna — powiedziała cicho Tatiana Fiodorowna. — Dobry… chłopak. Pomagałam… wychowywać.
Antonina odwróciła się w stronę okna. Za szybą padała drobna mżawka, przywołująca ciężkie wspomnienia. Najchętniej wyszłaby na zewnątrz, by chłód kropli zmył z niej nagromadzony ból.
— Witek… dzwonił — mówiła dalej teściowa. — Przed… śmiercią. Prosił… o wybaczenie. Ja… wybaczyłam.
— Mamo, proszę, przestań — jęknęła Galina. — Lekarze zabraniali się denerwować.
— Muszę… powiedzieć. Antonina… dobra. Chroniła… go. Leczyła. Nie odeszła… gdy było najgorzej.
Tatiana Fiodorowna zwróciła się do synowej:
— Dziękuję… ci.
— Za co, mamo?
— Za to… że syn… nie odchodził… sam. Że byłaś… przy nim.
Antonina opadła na krzesło, nogi odmówiły jej posłuszeństwa.
— Bardzo panią kochał. Powtarzał, że nie ma lepszej matki.
— A teraz… jestem… ciężarem.
— Nie! — przerwała stanowczo Antonina. — Nie mów tak. Jesteś moją rodziną.
— Masz… wnuki. W Niemczech.
— Tam jest ich życie. Lida wyszła za mąż, dostała obywatelstwo. Młodym łatwiej tam się odnaleźć.
— Tęsknisz?
— Za Daszą bardzo. Ale nic na to nie poradzę…
Galina słuchała z coraz bardziej ponurą twarzą.
— Wzruszające — rzuciła ostro. — A jeśli powiem, że ja też mam prawo do matki? Że nie oddam jej obcej kobiecie?
— Galu! — upomniała ją Tatiana Fiodorowna.
— Co „Galu”? Przez trzydzieści lat harowałam, sama wychowywałam dzieci, bo mój mąż pił nie mniej niż twój Witek! A teraz, gdy chcę pomóc, jestem obca?
— Nie obca — odparła zmęczonym głosem matka. — Ale mieszkać… chcę u siebie. W swoim… domu.
