Moja czterdziestodwuletnia partnerka odmówiła umycia talerzy, bo „świeży manicure nie jest od zmywania”. Zacząłem więc jeść poza domem, a jej zostawiłem kuchnię pełną brudnych naczyń

— Co… co się stało z kuchnią?! Okradli nas?! Gdzie jest ekspres?! Gdzie są naczynia?!

— Nikt nas nie okradł — zamknąłem książkę bez pośpiechu. — Przeprowadziłem inwentaryzację i ewakuację wartościowego mienia. Ponieważ w praktyce pokazałaś, że jesteś gotowa niszczyć moje rzeczy dla ochrony swojego manicure, ograniczyłem ci dostęp do tego mienia. Teraz w kuchni panuje idealny porządek.

Iwona otworzyła usta, jakby brakowało jej powietrza.

— Ty… ty schowałeś garnki?! Wywiozłeś ekspres?! Jesteś chorym paranoikiem!

— Na blacie leżą papierowe talerze. Zjesz, zgnieciesz, wyrzucisz. Niczego nie trzeba myć. Manicure jest całkowicie bezpieczny. Idealne rozwiązanie problemu.

Chwyciła z mojego biurka ciężki metalowy zszywacz i z całej siły cisnęła nim w ścianę. Tynk chrupnął głucho.

— Nie będę żyła w takich warunkach! Nie jestem psem, żeby jeść z papierowej miski! Jesteś skąpym, małostkowym tyranem!

— W takim razie spakuj swoje rzeczy, Iwono. Nikt cię tu siłą nie trzyma — patrzyłem jej prosto w oczy.

Nagle zamilkła. Oddychała ciężko, a jej klatka piersiowa unosiła się gwałtownie. Po chwili cała ta histeria zmieniła się w gorączkową, wyrachowaną wściekłość.

— Myślisz, że jesteś najmądrzejszy? — syknęła, pochylając się nade mną. — Myślisz, że tak po prostu sobie pójdę? Zmarnowałam na ciebie pół roku! Z pustymi rękami stąd nie wyjdę!

Odwróciła się ostro i niemal wybiegła na korytarz.

Zmarszczyłem brwi. Jej reakcja była zbyt dziwna. Zamiast pakować ubrania albo dalej krzyczeć, skierowała się do sypialni. Wstałem zza biurka i bezszelestnie ruszyłem za nią.

Drzwi do sypialni były uchylone. Iwona klęczała przed moją szafą wnękową. W pośpiechu przeszukiwała dolne szuflady — te, w których trzymałem dokumenty i niewielką szkatułkę z drogimi męskimi zegarkami. Miałem kolekcję starych chronometrów, w którą zainwestowałem niemałe pieniądze.

Znalazła szkatułkę. Otworzyła ją. Wyjęła trzy najdroższe zegarki, w tym mój ulubiony Rolex, i szybko wsunęła je do swojej skórzanej torebki.

Stałem w cieniu korytarza i nie wierzyłem własnym oczom. Moja partnerka, dyrektorka artystyczna o „idealnym guście”, okradała mnie w moim własnym mieszkaniu.

Zapięła torebkę, wyprostowała się i wyciągnęła telefon. Wybrała numer. Zamarłem, pilnując, żeby nie wydać żadnego dźwięku.

— Halo, Tomek? — jej głos drżał od napięcia. — Tak, to ja. Słuchaj, mam wszystko. Zegarki są u mnie. Jutro rano zawiozę je do lombardu przy Marszałkowskiej, tam biorą bez dokumentów. Powinno wyjść dwadzieścia pięć tysięcy, może więcej. Zamknę ten dług… Tak, wiem, że termin jest na już! Jeśli ci ludzie przyjdą do galerii, wyrzucą mnie z wilczym biletem! Dobra, jutro będą pieniądze. A temu idiocie powiem, że nas okradli, kiedy nie było go w domu.

Rozłączyła się.

Cały obraz złożył się w jednej sekundzie.

Iwona ugrzęzła w poważnych długach. Najpewniej pożyczyła pieniądze od groźnych ludzi albo kręciła coś przy finansach galerii — może sprzedawała podrobione prace. Potrzebowała gotówki natychmiast. Jej kaprysy z manicurem, odmowa zapłacenia za sprzątanie z własnej kieszeni, napady agresji — to nie był tylko trudny charakter. To był dziki stres człowieka zagonionego w kąt.

Zamierzała ukraść moją kolekcję i odegrać scenę włamania. Moja ewakuacja kuchni tylko wepchnęła ją w panikę i przyspieszyła jej plan.

Cicho cofnąłem się do gabinetu. Domknąłem drzwi i wyjąłem telefon.

Wybrałem numer dyżurnego najbliższego komisariatu.

— Dobry wieczór. Chcę zgłosić kradzież mienia znacznej wartości. Sprawczyni znajduje się teraz w moim mieszkaniu i zamierza wyjść z zabranymi rzeczami.

Potem wyszedłem na korytarz.

Iwona właśnie wychodziła z sypialni. W dłoni kurczowo ściskała torebkę. Kiedy mnie zobaczyła, spróbowała przybrać minę obrażonej damy.

— Wychodzę! — oznajmiła, unosząc podbródek. — Pojadę spać do koleżanki. Nie chcę być z tobą pod jednym dachem. Rzeczy zabiorę jutro!

— Nigdzie nie pójdziesz, Iwono — stanąłem jej na drodze do drzwi wejściowych.

— Odsuń się! Nie masz prawa mnie zatrzymywać! — próbowała mnie odepchnąć, ale mocno chwyciłem ją za ramiona.

— Słyszałem twoją rozmowę z Tomkiem — powiedziałem cicho. — O długach, lombardzie przy Marszałkowskiej i upozorowanym włamaniu.

Twarz Iwony zrobiła się trupio blada. Torebka wypadła jej z ręki na parkiet. Rozległ się tępy stuk — ciężkie zegarki uderzyły o siebie wewnątrz.

Zaczęła osuwać się na podłogę. Cała jej wyniosłość, cały snobizm zniknęły w jednej chwili.

— Marek… proszę — wczepiła się w moją rękę. — Ty nie rozumiesz! Oni mnie zabiją! Wzięłam pieniądze z kasy galerii… Chciałam się odegrać w kasynie… Wszystko przegrałam! Powiedzieli, że połamią mi nogi!

— I postanowiłaś spłacić swoje hazardowe długi moją kolekcją? — z obrzydzeniem odczepiłem jej palce od koszuli.

— Oddałabym wszystko! Coś bym wymyśliła! Błagam, nie wzywaj policji! — szlochała, rozmazując po twarzy drogi tusz.

W tej samej chwili ktoś zadzwonił do drzwi. Krótko i stanowczo.

Podszedłem i otworzyłem. Na progu stało dwóch umundurowanych policjantów.

— Pan wzywał? — spytał surowo starszy z patrolu.