Kaszel szarpał nią tak mocno, że nie potrafiła dokończyć zdania. Miała zaczerwienione oczy i twarz człowieka, który mógłby zasnąć nawet na stojąco.
Marcin chciał zostać z nią w domu, ale uparła się, by poszedł do pracy.
Kiedy przyjechałam po południu, siedziała przy kuchennym stole przed kubkiem herbaty, którego nawet nie tknęła.
— Powinnaś leżeć w łóżku — powiedziałam stanowczo.
— Próbuję — odparła ochryple. — Tylko Franek najwyraźniej ma na dziś inny plan.
Wieczorem postanowiłam zapytać jeszcze raz.
— Proszę cię — powiedziałam cicho. — Pozwól mi pomóc chociaż dziś. Dwadzieścia minut. Ty się położysz, a ja go wykąpię.
Przez krótką chwilę byłam niemal pewna, że tym razem się zgodzi.
Zamiast tego przycisnęła Franka mocniej do piersi.
— Przepraszam — wyszeptała. — Ja po prostu… nie mogę.
Nie powiedziała: „nie chcę”.
Nie powiedziała też: „może jutro”.
Powiedziała tylko:
„Nie mogę”.
Brzmienie jej głosu zostało ze mną na długo.
To nie był upór. To był strach.
Palce Katarzyny zacisnęły się na ubranku dziecka. Patrzyła na synka tak, jakby bała się, że wydarzy się coś strasznego, jeśli choć na chwilę przekaże go w moje ręce.
Zaczęłam się zastanawiać, czy w jej dzieciństwie nie doszło do jakiegoś wypadku.
Może kiedyś poślizgnęła się w wannie.
Może podczas kąpieli ucierpiał ktoś z jej rodziny. Chciałam porozmawiać o tym z Marcinem, lecz uznałam, że zabrzmiałoby to jak obmawianie jego żony za jej plecami.
Od tamtej pory przestałam proponować, że wykąpię Franka.
Wmawiałam sobie, że Katarzyna ma powód, nawet jeśli nie potrafi mi go wyjaśnić.
Mijały miesiące. Franek wyrósł na pogodnego malucha z jasnymi oczami Marcina i miękkimi, brązowymi włosami po Katarzynie. Uwielbiał muzykę, mus bananowy i za każdym razem próbował ściągać mi okulary, gdy brałam go na ręce.
Pewnego wieczoru Marcin z Katarzyną przyjechali do mnie na kolację.
Już w progu zobaczyłam, jak bardzo jest wyczerpana. Próbowała to ukryć, ale miała opuszczone ramiona, a pod oczami ciemne cienie.
Po posiłku położyła się na kanapie, zapewniając, że odpocznie „tylko pięć minut”.
Nie podniosła się już.
Po chwili spała głęboko, zwinięta pod kocem.
Marcin spojrzał na nią z ciężkim, smutnym uśmiechem i westchnął.
— Mamo — odezwał się cicho — mogłabyś dziś wykąpać Franka? Obudzę Kasię, kiedy trochę odeśpi.
Uśmiechnęłam się i wzięłam wnuka na ręce.
Po raz pierwszy powierzono mi jego wieczorną kąpiel.
Nie miałam pojęcia, że za kilka minut poznam powód, dla którego Katarzyna przez tyle czasu robiła wszystko, aby do takiej chwili nigdy nie doszło.
Zaniosłam Franka na górę, nalałam ciepłej wody do dziecięcej wanienki i zaczęłam zdejmować z niego piżamę.
Śmiał się i uderzał dłonią w wodę, zanim zdążyłam rozebrać go do końca.
Kiedy ściągnęłam mu koszulkę, znieruchomiałam.
Na środku pleców miał niewielki wodoodporny plaster.
Dokładnie pomiędzy łopatkami.
Nie wyglądał na świeżo naklejony. Raczej na taki, który w tym samym miejscu zmieniano już wiele razy.
Najpierw pomyślałam, że Franek się zadrapał.
Albo że pediatra zabezpieczył drobną rankę.
Wahałam się.
W końcu delikatnie podważyłam brzeg plastra.
Odkleił się bez najmniejszego oporu.
Pod spodem nie było skaleczenia.
Nie było szwów.
Nie było nawet śladu zadrapania.
Zobaczyłam znamię.
Miało niezwykle charakterystyczny kształt.
Było ciemnobrązowe, wyraźnie odcinało się od skóry i rzucało w oczy tak mocno, że nie dało się go przeoczyć.
Żołądek ścisnął mi się boleśnie.
Marcin nigdy nie miał takiego znamienia.
Ale znałam kogoś, kto je miał.
Ręce zaczęły mi drżeć tak mocno, że plaster niemal wypadł mi do wanienki.
Spojrzałam na Franka.
Potem znowu na znamię.
— Nie…
Słowo ledwie przeszło mi przez gardło.
— To niemożliwe.
W tej samej chwili na korytarzu rozległy się kroki.
W drzwiach stanęła Katarzyna.
Zobaczyła plaster leżący na podłodze i pobladła tak gwałtownie, jakby cała krew odpłynęła jej z twarzy.
Najpierw spojrzała na odsłonięte znamię, potem na mnie.
— Odkleiłaś go… — wyszeptała drżącym głosem.
Jej słowa zawisły w ciepłym, wilgotnym powietrzu łazienki.
Siedziałam obok wanienki i nie spuszczałam z niej wzroku. Franek radośnie machał nóżkami, nieświadomy, że w jednej chwili w pomieszczeniu wszystko się zmieniło.
— Kasiu — powiedziałam, próbując opanować głos. — Dlaczego zaklejałaś znamię plastrem?
Weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi.
— Proszę, przyklej go z powrotem.
Ta odpowiedź przestraszyła mnie bardziej niż samo znamię.
— Przed kim je ukrywasz?
Objęła się ramionami. Drżały jej usta, ale nie wydobyła z siebie ani słowa.
Znów spojrzałam na plecy Franka. Znamię przypominało maleńki półksiężyc z okrągłą kropką przy jednym z końców. Dokładnie taki sam znak widziałam przez całe dzieciństwo u mojego starszego syna, Piotra.
Piotr urodził się trzy lata przed Marcinem. Znamię miał w tym samym miejscu, pomiędzy łopatkami.
Jako dziecko nie znosił go, zwłaszcza gdy chodziliśmy na basen.
— Mamo, wszyscy się na nie gapią — poskarżył się kiedyś, gdy miał dwanaście lat.
— Ono po prostu sprawia, że jesteś wyjątkowy — odpowiedziałam.
