— Może na razie zjesz w kuchni? — zaproponował teść synowej, z zadowoleniem spoglądając na wystawnie zastawiony stół

— Marto! Długo jeszcze będziesz się tam grzebać? — potężny głos Władysława dobiegł z salonu i brzmiał tak, jakby sprzeciw w ogóle nie wchodził w rachubę. — Goście przyjdą za dwie godziny, a półmiski z wędlinami nadal stoją puste!

Całe mieszkanie przesycał ciężki zapach kaczki piekącej się w piekarniku. Wnikał w tapety, zasłony, a nawet w płaszcze wiszące w przedpokoju. Dla Marty nie był to jednak aromat święta. Od dawna kojarzył jej się wyłącznie ze zmęczeniem — lepkim, przygniatającym i niemającym końca.

Zegar nad kuchenką wskazywał wpół do piątej. Trzydziesty pierwszy grudnia. W większości polskich domów ludzie kroili sałatki przy starych komediach puszczanych w telewizji, tymczasem Marta czuła się tak, jakby właśnie skończyła dwie zmiany przy rozgrzanym piecu hutniczym.

Otartą od pracy dłonią przetarła czoło, zostawiając na skórze jasną smugę mąki, i na moment zamknęła oczy.

— Zdążę ze wszystkim, panie Władysławie — odpowiedziała, pilnując, by złość nie zabrzmiała w jej głosie. — Kaczka jest prawie gotowa, galareta tężeje na balkonie. Muszę już tylko nałożyć kawior do tartaletek.

Teść wszedł do kuchni bez pośpiechu, szurając miękkimi kapciami i poprawiając na piersi bordowy, aksamitny szlafrok. Władysław prezentował się okazale: ciężki, postawny mężczyzna o starannie ułożonych siwych włosach, na które zużywał chyba pół opakowania lakieru. Fryzura wyglądała tak, jakby nie zmieniła się od drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Przesunął krytycznym wzrokiem po blacie zastawionym miskami, blachami, deskami do krojenia i otwartymi słoiczkami.

— Kawioru nie żałuj — polecił, nachylając się nad ramieniem synowej niczym kontroler sprawdzający dokumenty księgowe. — Przyjdzie dziś Henryk z żoną i Marek. To ludzie na poziomie, przyzwyczajeni do porządnego przyjęcia. Nie możemy się przed nimi skompromitować. Posmarowałaś tartaletki masłem?

— Posmarowałam — odparła Marta beznamiętnie, nie przerywając pracy.

— Pilnuj tylko, żeby wszędzie była taka sama warstwa. Ostatnim razem masło sterczało grudkami. Było mi niezręcznie przed ludźmi.

Marta znieruchomiała z nożem w dłoni. Ostatnim razem, podczas urodzin Władysława, przez niemal dobę nie odchodziła od kuchenki. Przygotowała jedzenie dla piętnastu osób, a kiedy wszyscy wyszli, do trzeciej nad ranem zmywała naczynia. Jedynym komentarzem teścia było obojętne: „Galareta wyszła trochę gumowata”.

— Panie Władysławie, może chociaż pomoże mi pan nakryć do stołu? — zapytała, nie odwracając się. — Trzeba przynieść świąteczną zastawę i wypolerować kieliszki. Nie mogę jednocześnie pilnować piekarnika i biegać do salonu.

Teść demonstracyjnie westchnął i poprawił masywny złoty sygnet.

— Kochana, z największą przyjemnością bym ci pomógł, ale przecież wiesz, że mam chory kręgosłup. Nie wolno mi się schylać ani podnosić ciężkich rzeczy. Poza tym muszę przywitać gości wypoczęty, w dobrym humorze i odpowiednio wyglądający. Gospodarz jest wizytówką domu. Kuchnia natomiast to, że tak powiem, zaplecze robocze.

— Czyli ja jestem tutaj służącą? — cicho upewniła się Marta, układając na tartaletce maleńką gałązkę koperku.

— Nie przekręcaj moich słów — machnął ręką Władysław i ruszył do wyjścia. — Jesteś młoda, trochę ruchu dobrze ci zrobi. A gdzie Paweł? Dlaczego nie sprawdza, czy szampan zdążył się porządnie schłodzić?

— Paweł siedzi w pokoju i gra na konsoli — powiedziała sucho.

— To niech odpocznie. Miał ciężki kwartał: sprawozdania, przełożeni, bank wycisnął z niego wszystkie siły. Nie zawracaj mu głowy drobiazgami. Ja idę założyć garnitur. Za czterdzieści minut stół ma lśnić!

Drzwi kuchni zamknęły się niemal bezgłośnie. Marta została sama z kaczką skwierczącą w piekarniku i z przemożną ochotą, by cisnąć otwartym słoikiem kawioru prosto w ścianę.

Kiedy skończyła zimne przekąski, przycisnęła dłoń do zdrętwiałych pleców i poszła do salonu. Na środku stał stary rozkładany stół przykryty nieskazitelnie białym, wykrochmalonym obrusem. To była jedyna rzecz, którą teść łaskawie zrobił sam.

Paweł leżał rozparty w fotelu i z przejęciem naciskał przyciski kontrolera. Na ekranie jeden po drugim eksplodowały fantastyczne statki kosmiczne.

— Paweł — odezwała się Marta.

Nie zareagował. Albo naprawdę jej nie usłyszał, albo udawał, bo nadal z furią sterował postacią w grze.

— Paweł! — powtórzyła głośniej.

Drgnął i zsunął słuchawkę z jednego ucha.

— Co? Co się stało, kochanie? Już siadamy?

— Jeszcze nie. Pomóż mi przenieść jedzenie z kuchni. Półmisek z kaczką jest ciężki, salaterki pełne po brzegi. Nie dam rady bez końca kursować sama.

Paweł skrzywił się i zatrzymał grę.

— Marta, przecież tata jest obok. Poproś jego. Przechodzę ten poziom od czterdziestu minut, prawie skończyłem. Zostało mi dosłownie trochę.

— Twój tata właśnie wybiera krawat do garnituru. A ja od ósmej rano nawet nie usiadłam. Proszę cię, wstań i pomóż mi nakryć stół. Ty też zamierzasz obchodzić ten wieczór.

Mąż wypuścił powietrze tak głośno, jakby godził się na niewyobrażalne poświęcenie, po czym ociężale podniósł się z fotela.