— To nie zostało przygotowane dla was — powiedziała spokojnie, patrząc w rozszerzone oburzeniem oczy Władysława. — To jedzenie jest dla ludzi, którzy traktują mnie jak człowieka.
— Odstaw kaczkę! — ryknął teść, z trudem podnosząc się z krzesła. — Jesteś w moim domu!
— Dom jest twój — zgodziła się Marta. — Ale produkty kupiłam ja. Pracowałam ja. I to ja poświęciłam swój czas.
Z tymi słowami wyniosła kaczkę do kuchni.
Tam zaczęła działać szybko i bez wahania. Wyjęła z dolnej szafki pojemniki, które przywiozła ze sobą, rolkę folii aluminiowej i kilka mocnych toreb.
Kaczkę starannie zawinęła w trzy warstwy folii. Sałatki przełożyła do pudełek. Nie wyglądały już tak efektownie, lecz przestało ją to obchodzić. Butelkę drogiego koniaku kupionego przez Pawła oraz dwie butelki szampana, za które zapłaciła sama, włożyła do dużej torby termicznej.
W drzwiach stanął Paweł. Jego twarz była niemal biała.
— Zwariowałaś? — wysyczał. — Goście są w szoku! Tacie zrobiło się słabo na sercu! Natychmiast odnieś jedzenie!
Marta spokojnie zasunęła zamek torby.
— Chcesz zjeść kolację, to ugotuj sobie coś sam. Albo poproś ojca. Ma dwie sprawne ręce, nic mu się nie stanie, jeśli choć raz pokroi kiełbasę.
— Rozwiodę się z tobą! — wypalił Paweł, licząc, że ją przestraszy. — Tylko spróbuj teraz wyjść, a jutro składam pozew!
Marta znieruchomiała. Przez kilka sekund przyglądała się człowiekowi, z którym spędziła ostatnie trzy lata. Był zły, zagubiony i urażony jak rozkapryszone dziecko, któremu ktoś nagle zabrał ulubioną zabawkę.
— Doskonały pomysł, Paweł. Chyba właśnie dałeś mi najcenniejszy prezent noworoczny w całym naszym małżeństwie.
Minęła go, lekko zahaczając ramieniem o jego ramię. W salonie panowała martwa cisza. Pięcioro dorosłych ludzi siedziało przed pustymi talerzami. Na stole zostały tylko kromki chleba i kilka plasterków świeżego ogórka, których Marta nie uznała za warte zabierania.
Władysław ciężko oddychał, trzymając dłoń na lewej stronie klatki piersiowej.
— Bezwstydna… — wychrypiał. — Ośmieszyłaś mnie… przed porządnymi ludźmi…
Marta zatrzymała się na środku salonu. Obie ręce zajmowały jej ciężkie torby z jedzeniem. Uważnie spojrzała na milczących gości.
— Szanowni państwo — powiedziała głośno i wyraźnie. — Pan Władysław bardzo chciał zaprezentować wam własną gościnność. Niestety jego gościnność skończyła się dokładnie tam, gdzie zaczęło się moje poczucie godności.
Podeszła jeszcze do stołu i zabrała sosjerkę, o której wcześniej zapomniała.
— Życzę smacznego przy pustych talerzach. Herbatę z pewnością potraficie zaparzyć sami. Kuchnia, jak przed chwilą zauważył pan Władysław, jest zapleczem dla obsługi. W takim razie będzie dla pana najodpowiedniejszym miejscem.
Marta wyszła z domu w mroźną sylwestrową noc. Świeży śnieg skrzypiał pod podeszwami jej kozaków. Powietrze szczypało w policzki, lecz wydawało się zaskakująco czyste, świeże, niemal słodkie.
Ciężkie torby boleśnie ciągnęły jej ręce w dół, a jednak w środku czuła niewiarygodną lekkość. Od wielu lat nie była tak wolna.
Postawiła pakunki na ośnieżonej ławce przed blokiem, wyjęła telefon i wybrała dobrze znany numer.
— Halo, mamo? — głos jej drżał, ale nie od płaczu. Z trudem powstrzymywała śmiech.
— Martusiu? Dlaczego dzwonisz o tej porze? Coś się stało? Przecież mieliście już świętować — matka brzmiała sennie, choć w jej głosie natychmiast pojawił się niepokój.
— Mamo, plany się zmieniły. Jadę do was. Tata jeszcze nie śpi?
— Gdzie tam śpi, siedzi przed telewizorem. Córeczko, pokłóciliście się z Pawłem?
— Mamo, my się nie tylko pokłóciliśmy. Chyba wreszcie się obudziłam. Wstawcie wodę na herbatę. Nie, lepiej od razu wyjmijcie największe talerze. Przywiozę kaczkę. Wielką, soczystą, z chrupiącą skórką. I kilka pojemników sałatek.
— Matko jedyna, skąd ty to wszystko masz?
— Zabrałam od teścia — roześmiała się Marta i spojrzała na oświetlone okna trzeciego piętra, za którymi zapewne rozgrywała się właśnie tragedia na miarę końca świata. — Odebrałam własny wkład w cudze rodzinne szczęście. Będę za jakieś dwadzieścia minut.
Pod blok bezszelestnie podjechała żółta taksówka. Marta ułożyła torby na tylnym siedzeniu, a sama usiadła obok, przyciskając do siebie ciepły pakunek z kaczką.
— Dokąd jedziemy? — zapytał kierowca, spoglądając na nią w lusterku. — Widzę, że wiezie pani ucztę. Uciekła pani z przyjęcia?
— Nie uciekłam — odpowiedziała z uśmiechem i szczelniej otuliła się płaszczem. — Po prostu wywiozłam święto w miejsce, gdzie nic mu nie grozi. Proszę jechać.
Samochód powoli ruszył, zostawiając za sobą dom, w którym przy ogołoconym stole wciąż siedziało pięcioro dorosłych ludzi. Teraz nie mieli już czym przykryć własnej obojętności ani wewnętrznej pustki.
Marta patrzyła przez szybę na kolorowe lampki zapalające się w oknach kolejnych domów i wiedziała z absolutną pewnością, że ten Nowy Rok będzie najsmaczniejszy, najbardziej wolny i najszczęśliwszy w jej życiu. Przede wszystkim zaś będzie uczciwy. Po raz pierwszy od bardzo dawna postawiła własną godność wyżej niż cudzą wygodę — i świat się od tego nie zawalił. Przeciwnie, nocne niebo wydawało jej się czystsze, rozleglejsze i wyższe niż kiedykolwiek wcześniej.
